~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Najnowsze

GOTYE – “Making Mirrors”.

Jeśli myśleliście, że Belg z Australii nagrał tylko jedną piosenkę, to chyba warto sięgnąć po jego trzecią solową płytę i się przekonać, czy macie rację.

“Somebody That I Used To Know” to ten sam casus, co sławetny “Jożin z Bażin”. Piosenka staje się internetowym wirusem, rozpowszechnianym głównie na Facebooku. Im więcej osób się nią podzieli, tym większą zyskuje popularność, która na sukces artysty przekłada się dopiero w momencie powstania ogromnej ilości mniej lub bardziej śmiesznych przeróbek. Najlepiej z Hitlerem i kotami. Kiedy to nastąpi, kończy się żywot piosenki, a zaczyna internetowy mem. Taka przygoda spotkała Gotye, pod którym to pseudonimem ukrywa się Walter De Backer. Belg podąża śladami Phila Collinsa, perkusję zamienia na wokal i radzi sobie coraz lepiej.

Nie jest bynajmniej tak, że nową płytę nagrał tylko po to, żeby sami-wiecie-jaka-piosenka ukazała się na krążku długogrającym. Jeśli Belg zostanie jak Nena czy Omega autorem jednego, światowego hitu, będzie to dużą dla niego szkodą, bo ma sporo do zaoferowania. Jego poprzedni album “Like Drawing Blood” ukazał się w 2006 roku niedługo przed solowym debiutem Thoma Yorka ~ wspominam o tym dlatego, że De Backer ma podobne ambicje (tworzenia dobrego, alternatywnego i elektronicznego popu), ale w jego wypadku zabrakło przede wszystkim doświadczenia i osłuchania z nowymi nurtami. Przez ostatnie kilka lat nie próżnował. Na “Making Mirrors” jest wszystko to, co na przyzwoitym albumie być powinno. Trąbka w “In Your Light”, surowe elektro, ale i zręczny gitarowy riff w “Easy Way Out” i sporo retromanii. Przebojowe i proste “I Feel Better” to jednak ukłon prosto w stronę the Police, a nie Hot Chip, którzy nagrali kawałek identycznie zatytułowany. Gotye jest jednak o wiele bardziej przaśny. Ze swojego słabowitego głosu robi jak najlepszy użytek, chociaż jego góry są męczące (no, chyba że ktoś naprawdę kocha Stinga i liczy na to, że Kydryński go puści w niedzielę). O wiele bardziej wolę Belga szepczącego, do czego jest skłonny na drugiej połowie płyty. Kończące płytę kawałki “Giving Me A Chance” i “Bronte” mają całą delikatność i zmysłowość, której brakuje w sami-wiecie-jakiej-piosence. Jasne ~ jak powiedział Hitler ~ jeśli to jest indie, to Scorpionsi grają krautrocka, ale nie sposób Belgowi odmówić alternatywnego gustu. To dzięki niej obok ocierających się o reggae “State of the Art” są wcześniej wspomniane piosenki, które są dowodem na chillwaveową wrażliwość. Gotye odrobił pracę domową i przesłuchał co się w ostatnich latach w muzyce działo. Nasłuchał się nawet za dużo, bo teraz nie może się zdecydować, co chce grać.

Podobnie, jak w przypadku albumu Lany Del Rey, na płycie Gotye może razić eklektyczność i mieszanie styli, z którego niewiele wynika. Jego piosenki chwilę stoją obok kompozycji Neon Indian, żeby zaraz oddalić się na koncert Stinga. “Save Me” brzmi jakby zostało Belgowi podarowane przez chłopców z Klaxons. A sami-wiecie-jaka-piosenka? Ładna, ale jeszcze raz ją ktoś wklei na walla, to sio ze znajomych.- Bartosz Sadulski – źródło onet.pl [zdjęcia oraz linki ~b69s]

Trentemøller – Reworked / Remixed

Wielkim fanem Trentemøllera byłem od zawsze [przyp. J. Ziobroń], a przy krążku “The Last Resort” spędziłem długie godziny, dlatego tak bardzo ucieszyła mnie informacja o wydaniu przez duńskiego producenta płyty o bardzo nośnym tytule “Reworked/Remixed”.

O tym, czego mniej więcej się spodziewać, wiedziałem już wcześniej, ponieważ Duńczyk wypuścił kilka tygodni wcześniej na swoim soundcloudzie remiks utworu “Raincoats” z repertuaru swoich rodaków z Efterklang. Miałem go na słuchawkach przez dłuższy czas, co dodatkowo wzmogło moją chęć usłyszenia całego krążka. I prawdę mówiąc, nie wiem, czy po pierwszym odsłuchu bardziej zainteresowały mnie remiksy Trentemøllera, czy wersje jego utworów przygotowane przez m.in. Efterklang, Modeselektor, UNKLE, czy nawet I Blame Coco. W każdym razie, pierwsze odpalenie krążka nie przyniosło wielkiego zaskoczenia. Niemalże wszystko było dokładnie takie, jak się spodziewałem i oczekiwałem.

Trentemøller ma to do siebie, że jego remiksy zazwyczaj nie tworzą z oryginału innej, całkowicie nowej jakości, lecz uwydatniają najlepsze cechy wziętego pod warsztat utworu. Tej reguły trzymał się i tym razem, co słychać chociażby na utworze numer dwa z tego krążka, gdzie zabawił się z  klasyczną kompozycją UNKLE “The Answer Feat. Big In Japan (Baltimore)”. I jak to wyszło? Tutaj trochę wzmocnił sekcję rytmiczną, tam poszperał przy uwypukleniu pianina, powyrzucał przestery i wyszedł z tego przydymiony, pełen bliżej nieokreślonego niepokoju ambientowy kolos.

Dalsze remiksowe propozycje Duńczyka również nie zawodzą. Wszystkie pozycje, które poddał swojej ambientowo-minimalowej obróbce brzmią co najmniej dobrze. Wiadomo, niektóre bronią się lepiej od innych, ale to raczej cecha muzyki w ogóle niż kompetencji Trentemøllera. Jednak, jak już wspominałem na początku (i co dosyć subtelnie podpowiada tytuł płyty) krążek nie składa się tylko z remiksów popełnionych przez Duńczyka.

Co ciekawe, to ile dobrze policzyłem, “Tide” jest najchętniej remiksowanym ze wszystkich kompozycji Trentemøllera – na tym krążku aż trzy razy. Kto lepiej, a kto gorzej, spierać się zamiaru nie mam, jednak mnie osobiście najbardziej odpowiada wersja zaserwowana przez Efterklang. Rodacy Trentemøllera ciągle powracają w tym tekście, niczym widmo IV RP, na szczęście jednak w dużo przyjemniejszych okolicznościach.

I tutaj pojawia się już mały kłopot- krążka “Reworked/Remixed” słucha się bardzo przyjemnie, jednak po pewnym czasie utwory zaczynają się zlewać w jedną płynną całość i tylko będąc w pełni skupionym można wprowadzić pomiędzy nimi rozróżnienie. Z tego schematu wyłamuje się przede wszystkim jeden utwór – Trentemøllerowa wizja ”Raincoats”. Duńczyk zgrabnie wymieszał wszystkie składowe całej twórczośc Efterklangu; ambient, post-rock, trochę pop-rocku i podał świetnie przygotowane w niemalże siedmiominutowym remiksie.

A niech Cię Andersie Trentemøller, znowu zabrałeś mi mnóstwo godzin!- mogę teraz śmiało krzyczeć. I to nie jest wcale żaden zarzut. Album “Reworked/Remixed” po prostu jest pełen smaczków, które wymagają przesłuchania go co najmniej kilkanaście razy. I chociaż momentami może wydawać się on ciężki do przebrnięcia, to na końcu stwierdzamy triumfalnie, że jednak było warto.- Jacek Ziobroń um.pl [drobna korekta tekstu, zdjęcia oraz linki ~b69s]

Smashing Pumpkins

Debiut Smashing Pumpkins, “Gish”, nie był w 1991 roku tym albumem, którego każdy musiał posłuchać. Lekko dotknął rodzącej się kultury alternatywnego rocka, która wielbiła “grunge” na Północnym Zachodzie, u wybrzeży Pacyfiku, ale samemu bliżej mu było do niemodnych lat 70.

Kwartet z Chicago od samego początku wyglądał na mezalians: koraliki i falbaniaste mankiety wokalisty i gitarzysty Billy’ego Corgana, obcisła koszulka perkusisty Jimmy’ego Chamberlina, porcelanowa lodowatość basisty D’Arcy’ego Wretzky’ego, nieśmiała nieprzeniknioność gitarzysty Jamesa Iha. Ich brzmienie też było miszmaszem: metalowy ryk, zwariowany folkowy dramatyzm, gotycka rozpacz, stadionowy patos, progresywny rok, psychodelia, dziwaczna mieszanka alternatywy z mainstreamem, populizmu i wtajemniczenia.

“Gish” był umiarkowanym sukcesem, ale później w tym samym roku został pobity pod względem sprzedaży i rozgłosu przez “Nevermind”, drugi album Nirvany pochodzącej z Seattle . Kurt Cobain śpiewał piosenki bardziej zwięzłe i przystępne niż Corgan. A jednak brzmienie Pumpkins miało swój urok. I położyło podwaliny pod wielki przełom w karierze kwartetu dwa lata później: “Siamese Dream”, jeden z muzycznych kamieni węgielnych epoki.

Teraz zarówno “Gish”, jak i “Siamese Dream” doczekały się wydania de luxe, w fikuśnym opakowaniu wypełnionym niepublikowanymi wcześniej kawałkami, filmami z koncertów, wkładkami i dodatkową sztuką. Zremasterowane albumy nadal brzmią imponująco ~ wszystko dzięki skrupulatnemu przywiązywaniu wagi do szczegółów przez Corgana i producenta Butcha Viga podczas pierwotnych sesji. Dodatkowy materiał dokumentuje ewolucję Corgana jako autora piosenek. Był płodny, ambitny i lekko stuknięty ~ na granicy samobójstwa, jeżeli mu wierzyć. Był też nieomal żenująco szczery. Przelał swoje obsesje w te płyty, zapewniając zajęcie zarówno audiofilom, jak psychoanalitykom na całe dziesięciolecia.

“Gish” pozostaje jedną z najbardziej zmysłowych płyt hardrockowych dekady. W przeciwieństwie do testosteronu produkowanego obficie przez takich współczesnych jak Soundgarden, Pearl Jam czy Nine Inch Nails, Corgan miał w swoim ograniczonym głosie i Yin, i Yang, przechodząc płynnie od zduszonego wycia do delikatnego, niemal dziecięcego przydechu. Jego głos huśta się razem z gitarami, aranżacje gwałtownie zmieniają kierunek, a nie ciężko stąpają, jak to bywa w typowym hard rocku ~ a za każdym zakrętem czeka niespodzianka. Pomimo całej wrażliwości, zespół mógł zgruchotać czaszkę w najmniej oczekiwanym momencie, przechodząc z niemal całkowitej ciszy do grzmotu. Wznosząca się i opadająca dynamika w takich utworach jak na przykład “Siva” nadal robi wrażenie, jakby Corgan próbował skompresować suitę swojego ulubionego zespołu Rush, długą na całą stronę płyty, tak by zmieściła się w czterech.

Dotarł gdzie trzeba z “Siamese Dream” – z jego bardziej skoncentrowanymi, mocniej skonstruowanymi utworami, i jeszcze bardziej kładącą nacisk na szczegóły produkcją. Corgan ponownie zdominował sesje nagraniowe, grając na wszystkich instrumentach poza potężną perkusją Chamberlina. Równocześnie Iha miał bardzo duży wkład w dwie z najlepszych piosenek na płycie: “Mayonnaise” i “Soma” (piękna instrumentalna wersja jest jedną z najbardziej udanych ścieżek dodatkowych).

Niepublikowane wcześniej fragmenty ukazują, jak przebiegały prace. Próbne demo “Today” mruczy sobie jak całkiem przyjemny hardrockowy kawałek, który pewnie bywałby puszczany przez pojawiające się w tym czasie stacje radiowe grające alternatywnego rocka, a potem poszedłby w zapomnienie. Corgan jednak później wymyślił wstęp gitarowy, który nadał piosence jej pozytywkową delikatność, poczucie, że jej piękno i optymizm to tylko przykrywka. “Dziś jest najwspanialszy dzień, jaki kiedykolwiek przeżyłem” zamienia się w “Dziś jest najwspanialszy dzień, jakiego nigdy nie przeżyłem”.

“Today” było, bardziej niż jakikolwiek utwór, punktem zwrotnym w karierze Smashing Pumpkins, przełomem dla zespołu, dla którego brzmienie odgrywało główną rolę. “Siamese Dream” pełne jest melodii. Od piosenki “Luna” (zarówno w lekkiej jak mgiełka wersji studyjnej,  jak w jeszcze bardziej przejmującej wersji “robocze demo”), po palącą przesadę “Cherub Rock”, Corgan pokazywał środkowy palec scenie rocka niezależnego, która nigdy go nie przyjęła, zresztą on jej także nie. Corgan ma na koncie całkiem sporo czerstwych tekstów (“Życie jest do chrzanu, kiedy jesteś fajny”), które jednak przemawiały z bezpośredniością, jakiej czasami brakowało bardziej poetyckim słowom Cobaina. Corgan był przygarbionym freakiem z przedmieścia, z rozbitego domu, podobnym do większości swoich słuchaczy, a “Siamese Dream” stanowiło ścieżkę dźwiękową życia dla sporej części jego pokolenia.

Stało się tak dzięki utemperowaniu niektórych skrajności pierwszej płyty. Wpadające w ucho melodie i ładna produkcja mogą zapewnić miejsce na radiowej antenie prawie wszystkiemu, nawet tak rozpaczliwie smutnej piosence jak “Today”. Na żywo podobne ograniczenia nie obowiązywały, jak można się przekonać na DVD z koncertu w sierpniu 1993. Zanim rozpocznie ostatni utwór, na przemian agresywny i folgujący sobie “Silver…”, Corgan radzi widowni: “Po tym już nie będziecie chcieli więcej słuchać. Będziemy tak pompatyczni, że już nigdy nie będziecie chcieli słyszeć muzyki”.

Kiedy utwór zmierza ku końcowi, Corgan krzyczy: “Kłamca! Kłamca!” w kierunku publiczności, a potem przedrzeźnia fanów domagających się bisów i samego siebie, przewodząc byle jakiemu odśpiewaniu “Rock and Roll”  Gary’ego Glittera, zanim zejdzie ze sceny.

Konfrontacyjność służyła muzyce Corgana, choć niekoniecznie jego publicznemu wizerunkowi. Nie chciał być lubiany. Chciał zostać usłyszany.- Greg Kot/Los Angeles Times [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Adele. Młoda dama soulu

Według wyliczeń redaktorów magazynu Q co minuta w Wielkiej Brytanii sprzedaje się 18 egzemplarzy albumu „21” Adele (na liczniku jest ich już 13 mln). Piosenkarka stała się tak popularna, że w niektórych sklepach z pianinami pojawiły się napisy „Zakaz grania Adele”. Jeśli ktoś nie zaznajomił się jeszcze z twórczością Brytyjki, teraz ma do tego doskonałą okazję: nagrana podczas ostatniej trasy koncertowej „Adele Live” to wizytówka stylu wokalistki. Mały zespół, intymna atmosfera i subtelny głos. Kto się jeszcze nie zakochał, na pewno to zrobi. źródło – Newsweek.pl [zdjęcie oraz linki ~b69s]

She & Him – “A Very She & Him Christmas”.

Nadchodzą Święta! I to wcale nie za sprawą George’a Michaela czy reklamy Coca-Coli. Za ten przedterminowy zwrot akcji obwiniać należy amerykański duet She & Him, który postanowił w tym roku wyjść przed szereg, nagrać i wypuścić kilkanaście piosenek o Świętach Bożego Narodzenia. Ale za to jakich!

W dzisiejszych czasach panuje przeświadczenie, że jeżeli ktoś tworzy w duecie [co w większości przypadków oznacza akustyczne aranżacje], to z pewnością nie nagra krążka przełomowego, bo i tak wszystko będzie brzmiało niemalże tak samo. Owszem, dużo w tym prawdy, tylko, że coraz mniej osób wymaga tego po takich składach, jak She & Him. Zooey Deschanel oraz M. Ward doskonale wiedzieli po co tworzą projekt i że to z pewnością nie będzie misja Mesjasza czy idąc dalej tym tropem, Winkelrieda narodów.

Niepodważalną zaletą duetów jest to, że mogą, a wręcz powinny nagrywać łatwe, lekkie i przyjemne piosenki przesiąknięte ideą songwritingu. I z tego zadania nasi bohaterowie wywiązują się doskonale. Dwanaście przykładów klasyki amerykańskiej piosenki świątecznej zawartych na trzecim albumie stanowi niezobowiązujące, niezwykle ciepłe tło dla zbliżających się zimowych wieczorów. Jest w tym wszystkim mnóstwo luzu, wystarczy przysłuchać się takim utworom, jak “Sleigh Ride” czy “Rockin’ Around The Christmas Tree”, aby zauważyć, że Zooey i M. Ward potraktowali temat na tyle luźno, że o nazywaniu tych kompozycji kolędami nie ma mowy.

“A Very She&Him Christmas” niczym nas nie zaskakuje, niczym nie szokuje, ale z drugiej strony niczego jej nie brakuje, a raczej wywiązuje się z zadania, o którym pisałem wcześniej [przyp. J. Ziobroń] –  posiada wszystkie cechy, których moglibyśmy się spodziewać po tym duecie. Na szczęście jednak dla nich, kompozycje są na tyle różnorodne, że nie zlewają się w jedną wielką całość, a wprowadzenie dwugłosu dodatkowo skupia uwagę słuchacza na muzyce przez większość trwania płyty, przez co znużenie jednorazowym odsłuchem krążka nie jest po prostu możliwe.

Słuchając takich albumów jak ten, stale mam przed oczami obraz białych ulic, białych dachów, białego wszystkiego. Na szczęście tylko za oknem, ponieważ utwory nagrane przez Zooey Deschanel oraz M. Warda są wystarczająco ciepłe, aby ogrzać w każdy, nawet najchłodniejszy wieczór.-  Jacek Ziobroń um.pl [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Catbird – “Sweet Cry”.

Z twórczością Duńczyków spotkałem się po raz pierwszy na koncercie w Niemczech [przyp. Ł. Stasiełowicz], kiedy na kilkadziesiąt minut zaczarowali obecną w teatrze publiczność. Perfekcyjnie dopracowane brzmienie, niesamowity klimat i ta wyjątkowa osobowość sceniczna wokalistki. W maju b.r. zaprezentowali m.in. piosenki, które znalazły się na wydanym kilka miesięcy później albumie “Sweet Cry”. Choć na scenie znajdowało się pięcioro muzyków, to trzonem jest duet Billie Koppel ~ Frank Hasselstroem. Oni decydują o brzmieniu i kierunku podążania zespołu, zapraszając innych instrumentalistów do pomocy.

Do wyróżniającego się głosu Koppel trzeba się przyzwyczaić. Często stosuje vibrato, co niektórym może przypominać bardziej jęczącą wiedźmę niż profesjonalną wokalistkę. Początkowo na koncercie ludzie byli zdezorientowani, nie wiedzieli czy to wszystko na poważnie, lecz kiedy zobaczyli zaangażowanie artystów odbiór zrobił się bardzo ciepły. Po kilku kolejnych utworach szacunek wzrósł jeszcze bardziej, aż w końcu po zejściu grupy ze sceny, publiczność zaczęła domagać się bisów.

Trudno przenieść klimat oraz brzmienie z koncertu na wersje studyjne piosenek (i na odwrót), ale im to się w gruncie rzeczy udało. Od pierwszych taktów muzyki da się wyczuć ten wyjątkowy klimat Dzikiego Zachodu. Szybko wpadający w ucho refren “Beg For Mercy” w połączeniu z charakterystycznymi slajdami gitarowymi czynią ten utwór jednym z bardziej przebojowych. Do grona najbardziej chwytliwych należy również niewątpliwie On a Runaway Train z cudownym motywem gitarowym. Dodatkowo uwagę skupia na sobie interesująca, dynamiczna, choć tłumiona sekcja rytmiczna.

Kolejnym smakowitym kąskiem jest “We’ll Have Fun Tonight” z wyróżniającą się partią gitary basowej. Oczywiście nie mogło zabraknąć gitary elektrycznej, a w tle ukrywają się jeszcze klawisze. Polskich odbiorców zainteresować powinien utwór “Town On Fire”, w którym bas z perkusją przypominają podczas zwrotek motyw z legendarnej kompozycji Ścianki, a mianowicie “Białe Wakacje”. Pod koniec albumu umieszczono trwające ponad sześć minut “Cry It Out”. Powoli rozwijająca się akcja kończy się w refrenie, obfitującym w wokalne vibrato i ciekawą otoczkę tworzoną przez organy. Ostatnie kilkadziesiąt sekund upływa natomiast pod znakiem kołyszących wokaliz. Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, iż grupa chce nam dać usnąć. Ostatnim kawałkiem (“Down the Road”) żegnają się dość pobudzająco. Być może to zasługa wyrazistego, pulsującego rytmu.

Niektórzy artyści nie zawracają sobie głowy dopasowywaniem piosenek czy ustalaniem ich kolejności. Catbird raczej do nich nie należy; utwory wiele ze sobą łączy, są bowiem bardzo spójne. Co prawda jest kilka energicznych kompozycji, lecz zespół często daje odsapnąć nawet w tych szybszych kawałkach ~ np. poprzez wyciszone zwrotki. Doskonale dawkują napięcie i zapraszają słuchaczy do krainy kapeluszy i pociągów parowych. Choć westerny mnie nigdy nie pociągały to temu duńskiemu wariantowi nie mogę się po prostu oprzeć.- Łukasz Stasiełowicz um.pl [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

R.E.M.- “Part Lies, Part Heart, Part Truth, Part Garbage, 1982-2011″.

Ukazał się właśnie nowy album R.E.M. “Part Lies, Part Heart, Part Truth, Part Garbage, 1982-2011″ , który zawiera 40 utworów grupy, w tym 3 premierowe. Zawartość wydawnictwa jest ukłonem w stronę wiernych fanów z całego świata, dzięki którym zespół pozostaje na scenie od ponad 30 lat!

“Przypomnienie muzyki, którą tworzyliśmy przez ponad trzy dekady to wielka podróż. Zdaliśmy sobie sprawę, że te piosenki są naturalnym łącznikiem tych wszystkich lat, w których wspólnie pracowaliśmy” ~ tak Mike Mills podsumował proces wybierania poszczególnych utworów na ostatnią płytę grupy.

“Part Lies, Part Heart, Part Truth, Part Garbage, 1982-2011″ wychodzi nakładem wytwórni Warner Music. Cała zawartość płyty do darmowego odsłuchu znajduje się pod tym adresem amerykańskiego radia npr.~b69s

  …

 

Coldplay – “Mylo Xyloto”.

Sukces ma zawsze wielu ojców. Ojcami sukcesu “Mylo Xyloto” są zarówno producent U2, jak i Rihanna. I przy okazji brak konkurencji dla Coldplay.

“Kiedy poznałem Coldplay, zrobili na mnie takie wrażenie jak kiedyś U2. Chcieli zrobić coś nowego, pragnęli zmiany” – mówi Brian Eno. “Gdyby byli tylko dziwnym indie-rockowym zespołem, to ludzie zupełnie inaczej by ich postrzegali”. Te słowa wypowiedziane po premierze “Viva la Vida or Death and All His Friends” powracają jak bumerang przy okazji kolejnego albumu Coldplay. “Mylo Xyloto” wyprodukowanego przez Briana Eno. Czy da się obiektywnie ocenić twórczość ekipy Chrisa Martina, bez otoczki „najpopularniejszego brytyjskiego zespoły rockowego“ – zapominając na chwilę o milionach sprzedanych albumów, wielkich radiowych przebojach oraz bombastycznych show z fajerwerkami, laserami i confetti?

Z kim w takim razie można porównywać nowe utwory Coldplay? Otwierające “Hurts Like Heaven” ma w sobie euforię i rozmach Arcade Fire? Singlowe “Every Teardrop is a Waterfall” kompozycyjnie i brzmieniowo nawiązuje do patentów Animal Collective? A kameralna ballada “Up in Flames” ma w sobie urok i czar Bon Iver? Czy w takim razie album “Mylo Xyloto” mieści się jeszcze w standardach indierocka czy może skrojony według radiowych standardów kawałek “Princess of China” z księżniczką popu Rihanną z miejsca dyskwalifikuje grupę? A może bardziej chodzi o to, że chwytliwym “Major Minus” Brytyjczycy znów próbują ścigać się z U2 o miejsce na stadionach? Jakby ktoś nie zauważył, termin “indie rock” nie ma od dawna nic wspólnego z niezależnością, czasem też z muzyką rockową i wcale nie stoi na przeszkodzie do komercyjnego sukcesu.

Fenomen Coldplay po ponad dziesięciu latach wciąż budzi kontrowersje. Z poziomu jednego z wielu zespołów później fali brit-popu obok m.in. Travisa po dwóch, trzech płytach wbili się przebojem do pierwszej ligi światowego popu. W Anglii pozostali bandą sympatycznych chłopaków, którzy wychowali się na festiwalu Glastonbury, a w Stanach stali się ulubieńcami klasy średniej z iPodami. O ile nagła popularność zespołu zniechęciła wielu starych fanów głównie w Europie, o tyle jego nową pozycję na rynku uwiarygodniali m.in. Jay-Z, Kanye West, Nelly Furtado, Kylie Minogue, R.E.M., Flaming Lips. Coldplay stali się kolejnym globalnym symbolem rocka. Zespołem, który nie musi wyznaczać nowych trendów – wystarczy, że je odzwierciedla i nagrywa przeboje. A każdym albumem potwierdza swoją wielkość i bije kolejne rekordy popularności. Taką funkcję pełni właśnie ich piąte wydawnictwo “Mylo Xyloto”.

Jedynie niefortunny wydaje się zbieg okoliczności, że akurat w tym samym czasie ukazuje się jubileuszowe wydanie “Achtung Baby”. Zestawienie U2 z Coldplay na podobnym etapie kariery nie wypada korzystnie dla tych drugich. Bono i The Edge po dziesięciu latach mieli dużo ciekawszą i dojrzalszą wizję nie tylko muzyczną, ale też konceptualną swojego albumu. Ekipa Chrisa Martina zatrzymała się na poziomie kosmetyki (sesja fotograficzna, okładka i teledyski inspirowane graffiti) i zbioru przypadkowych nawiązań, które układają się w ckliwą hollywoodzką całość. Cóż, ale na tym polega bolączka dzisiejszej popkultury.- Jacek Skolimowski/onet.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

U2 – 20 lat albumu Achtung Baby

Dwadzieścia lat temu ta płyta mogła zakończyć historię U2. Stało się inaczej, album “Achtung Baby” rozpoczął ich karierę na nowo.

“I co dalej?” ~ to pytanie pewnie nie raz musieli sobie zadawać członkowie U2 na początku lat 90. Po 10 latach grania dołączyli wreszcie do grona największych zespołów na świecie ~ ich albumy sprzedawały się w milionach egzemplarzy i byli w stanie wypełnić każdy stadion po obydwu stronach oceanu. Albumem The Joshua Tree podbili amerykański rynek i stali się nowymi rockowymi klasykami. Po “Rattle and Hum” w 1998 roku, na którym tryumfalnie grali utwory The Beatles, składali hołd Jimiemu Hendriksowi i spotkali się na jednej scenie z Bobem Dylanem i B.B. Kingiem, wiadomo było, że więcej już nie mogą osiągnąć. W tej sytuacji podjęli decyzję o odwrocie do Europy i obraniu zupełnie innego kierunku. Muzycy wynajęli legendarne studiu Hansa w Berlinie i znaleźli się w samym centrum przemian politycznych i kulturowych po upadku muru berlińskiego. Bono poszukiwał nowych inspiracji do tekstów, The Edge fascynował się mroczną industrialną muzykę niemieckiego KMFDM i belgijskiego Front 242, a Brian Eno znał to miejsce z czasów “berlińskiej trylogii” Davida Bowiego. U2 rzucili się na głęboką wodę, co o mało nie doprowadziło do ich rozpadu. Na szczęście po roku pracy między Berlinem i Dublinem grupa pokazała zupełnie nowe oblicze muzyczne i artystyczne!

Pierwsze minuty Achtung Baby rzeczywiście robią piorunujące wrażenie ~ przesterowane brzmienie gitary, motoryczny rytm wzmocniony elektroniką i przetworzony głos w “Zoo Station“, przestrzenne rockowe brzmienie i lekko transowa sekcja “Even Better Than The Real Thing“. Potem co prawda pojawia się wyjątkowo tradycyjna ballada “One“, która zapewniła komercyjny sukces albumu, ale to takie utwory jak singlowe “The Fly” i “Mysterious Way” stanowiły o jego sile i potwierdzały ambicje zespołu. Muzycy trzymali rękę na pulsie – mieli świadomość tego, co dzieje się w muzyce industrialnej w Stanach czy jak rozwija się scena klubowa w Manchesterze, a jednocześnie nie zatracili umiejętności komponowania nośnych refrenów. W studiu zespół wspierał znów Daniel Lanois i Brian Eno, który tym razem starał się wyeliminować sprawdzone zagrywki i stosował wypracowane przez siebie “ukryte strategie”, a na etapie miksów Flood i Steve Lillywhite. Obok tych mocnych i nowoczesnych utworów nie zabrakło też oszczędnego “So Cruel” czy na koniec poruszającego “Love is Blindness“, które dopełniają emocjonalnego i osobistego charakteru muzyki, zrywają ze stadionowym patosem i rockową karykaturalnością, za które Bono był krytykowany u siebie w kraju.

Nie było wątpliwości, że U2 zamiast dalej cofać się do muzycznych korzeni i schlebiać masowym gustom, zrobili ogromny skok do przodu, zdystansowali się do dotychczasowej pozycji na rynku i rockowego etosu. Zresztą sami myśleli o tym, żeby album symbolicznie zatytułować “Man” w przeciwieństwie do ich debiutu “Boy”. Dopełnieniem konceptu całego wydawnictwa Achtung Baby, do którego oprawę graficzną przygotował fotograf Anton Corbijn, była kolejna trasa o zasięgu globalnym. Była to seria ogromnych multimedialnych widowisk wymyślonych przez Briana Eno, podczas których wykorzystywane było potężne nagłośnienie, oświetlenie, wizualizacje oraz setki ekranów telewizyjnych, wozów transmisyjnych, a nawet satelity. Kiedy U2 ponownie powrócili z koncertami okazało się, że wcale nie stracili fanów i wciąż mogą zapełniać stadiony. Za to ich twórczość zyskała zupełnie nowy wymiar w epoce chaosu informacyjnego i zmian zachodzących na świecie.

Oczywiście z perspektywy czasu płytę “Achtung Baby” odbiera się nieco inaczej. Przede wszystkim dopiero na trasie “Zoo TV Tour” narodził się zupełnie nowy zespół, który pozwolił sobie na jeszcze więcej eksperymentów na kolejnym albumie Zooropa i poszedł pod prąd ówczesnym trendom w muzyce rockowej ~ kiedy w Stanach zaczynał królować grunge, a w Anglii brit-pop. Niestety po latach również okazało się, że ta stylistyka łączenie rocka z elektroniką, zabawy z konwencją i wielkich widowisk wyprowadziła U2 na manowce, kiedy ukazało się kiczowate “POP“. Natomiast w kolejnej dekadzie grupa postanowiła po prostu wrócić na bezpieczną pozycję pop-rockowego zespołu z ambicjami stadionowymi, a nie artystycznymi. Taką woltę jak na “Achtung Baby” próbowało później jeszcze zrobić kilka zespołów m.in. Radiohead na “Kid A” i Blur na “13″. Szkoda tylko, że członkowie U2 przestali sobie zadawać pytanie – “i co dalej?”.- Jacek Skolimowski/onet.pl [zdjęcia oraz linki ~b69s]

Poniżej utwór “One” pochodzący z albumu “AHK-toong BAY-bi Covered”. Artwork by ~b69s

Tori Amos – “Nights of Hunters”.

Niby rynek muzyczny wydaje się być od dłuższego czasu przesycony wtórną “świeżością”, ale Tori Amos zawsze potrafi znaleźć swoją własną ścieżkę. W tym roku zagrała va banque i odniosła wielki artystyczny sukces!

Wydaje albumy mniej więcej co dwa lata od debiutu z 1992 roku “Little Earthquakes” i trzeba przyznać, że z każdym następnym wydawnictwem wywołuje takie małe trzęsienie ziemi. Artystka, która dotąd była kojarzona z bardzo surowego połączenia głosu z fortepianem, gdzie nierzadko towarzyszyły jej gitary elektryczne, sekcje smyczkowe czy delikatne pląsania rytmiczne, znowu robi psikusy słuchaczom. Już sam wybór na realizację wytwórni Deutsche Grammophon, która specjalizuje się w najbardziej prestiżowych wydawnictwach muzyki klasycznej, pokazuje nam kierunek, który obrała muzyka Tori Amos na albumie “Nights of Hunters”.

Na nowym albumie artystka podjęła temat pieśni zainspirowanych najpopularniejszymi motywami z klasycznych kompozycji powstałych na przestrzeni ostatnich 400 lat! Utwory przesiąknięte są barokowym przepychem utrzymanym w bardzo surowym świetle. Album spajają dwa tematy przewodnie. Pierwszym z nich jest motyw łowcy i ofiary oraz to, jak te dwie przeciwstawne postawy przenikają się wzajemnie na każdym poziomie interakcji. Drugim tematem, jak mówi sama artystka, jest kobieta rozczarowana, zakleszczona w niesatysfakcjonującym, wypalającym się związku. Waśnie po to, aby podkreślić tę historię, została wybrana stylistyka pieśni klasycznej.

Album otwiera złowieszczymi i niepokojącymi dźwiękami fortepianu utwór “Shattering Sea”, któremu akompaniują obłąkańcze nuty smyków. Na tym nieprzyjaznym tle rewelacyjnie melodyjnie wypada wokal Amos, który w pierwszej linii oznajmia This is not my blood on the bedroom floor. Tak właśnie będzie wyglądała pozostała część “Nights of Hunters”. Intrygująco i doskonale.

Jak to często u Tori Amos bywa, teksty nie są jednoznaczne i często uciekają się do zmyślnych metafor. Co idealnie komponuje się ze snutą przez nią baśnią. W “Snowblind” dodatkowo prowadzony jest dialog między narratorem owej powieści a jego główną bohaterką, czyli Annabelle, która naprawdę genialnie zostałą odegrana przez 11-letnią córkę Tori, Natashę. Talent pozostaje w rodzinie. W następnych utworach będziemy mieli okazję usłyszeć ją jeszcze np. w “Job’s Coffin”. To jest coś niesamowitego, jak ta młoda dziewczynka potrafi subtelnie i ze zrozumieniem zaintonować wszystko co śpiewa. Osobiście jestem pod wielkim jej wrażeniem.

Na bardzo wiele muzycznych pasaży i swoistych staccato natrafimy na “Nights of Hunters”, które zazwyczaj będą obejmowały seksje smyczkowe, ale czasami dotkną również i klawiszów. Te małe smaczki bardzo zgrabnie uzupełniają niemalże orkiestralne kompozycje. Dodatkowo atmosfera, która jest nie do przecenienia. Dla porównania mógłbym tu umieścić album The Dicemberists “Hazards of Love”.

Przez to, że jest to bardzo udany koncept album (na wielu płaszczyznach), nawet niektóre słabsze momenty nie umniejszają go jako całości. Niesamowicie skomponowana muzyka, ładunek emocjonalny, świetne teksty koncept albumu i jego wykonanie to tylko ważniejsze zalety “Night of Hunters”. Wielkie brawa należą się Tori Amos za ten album. Oddanie hołdu kanonom muzyki klasycznej, a zarazem nie zamykanięcie się w tej formie jest bardzo trudnym wyczynem i mogło by skończyć się totalną katastrofą. Na szczęście Tori Amos po raz kolejny pokazuje nam, jak wybitną i niekonwencjonalną jest artystką. Tomek Milewski/um.pl [zdjęcia oraz linki ~b69s]

 ”Fortepian gra ciebie. I nigdy o tym nie zapomnij. Oczywiście, musisz pokazać, że jesteś tego wart. Z całą uniżonością, skromnością, pozwalasz się mu zabrać.
Muzyka cię zagarnia, muzyka ciebie wybiera.”

Sóley – “We Sink”.

Sóley Stefánsdóttir to chyba najbardziej urocza członkini Seabear. Ta drobna blondynka wydała niedawno debiutancki krążek, zatytułowany „We Sink”, na którym w pełni ukazuje swoje wokalne umiejętności. Czy jest to bezpośrednia kontynuacja brzmień znanych z dokonań tego islandzkiego, znakomitego zespołu?

Już początek albumu pokazuje, że autorski projekt Sóley jest znacznie bardziej liryczny i senny. Takie jest przynajmniej pierwsze, trochę niespokojne „I’ll Drown” ~ z równo wystukanym, miarowym rytmem, przejmującymi klawiszami, do których z czasem dołącza majaczący w tle tamburyn i pogłos, no i przede wszystkim z przyjemnie przyciągającym, zmiennym, ale raczej ciepłym głosem (co ciekawe, odkrywanym i wykorzystywanym przez Sóley z pełną świadomością dopiero od kilku lat). Cały otwierający „We Sink” numer ma w sobie coś intrygującego, dającego nadzieję na naprawdę niezwykły materiał.

Następne „Smashed Birds” to ballada prowadzona głównie delikatną gitarą, która dopiero w połowie nabiera spokojnie kołyszącego charakteru, mogącego kojarzyć się z dorobkiem przywołanej wcześniej grupy. Podobnie rozegrane jest choćby „Pretty Face”, gdzie pojedyncze klawisze wprowadzają wokal, aby z czasem pozwolić kawałkowi na trochę rozpędu, który w finale potrafi nawet lekko pobudzić. Nie oznacza to jednak rozkręcenia całego „We Sink”, bowiem kolejne „Bad Dream” to już niemal jedynie wyszeptana, senna kompozycja, na której rozbrzmiewa raptem kilka gitarowych strun. I właśnie z takich, na przemian występujących, raz niemal zastygających, a za chwilę tylko nieco żywszych dźwięków, które z rzadka rozpędzają się na dłuższą chwilę, zbudowana jest prawie cała omawiana płyta. Szczególny nastrój rodzi się jednak przy „Kill The Clown”, gdzie mamy liczne kołysankowe lub pozytywkowe motywy, wprowadzające bajkowy, magiczny klimat, do którego zmuszeni jesteśmy wejść. Wyjściem z tej lekko teatralnej krainy jest z kolei „The Sun Is Going Down II” ~ dla mnie najlepsze na całej płycie: z pięknym migotliwym wstępem, odrobinę mocniejszym śpiewem, wraz z którym powoli budzi się cały utwór. A po nim następuje już pogodniejsze zakończenie w postaci „Theater Island”.

„We Sink” to płyta wyjątkowa, będąca zbiorem naprawdę chwytliwych i przykuwających, niebanalnych aranżacji (na których każdy pojedynczy dźwięk został przemyślany i maksymalnie wykorzystany); niewiele ma jednak wspólnego z indiefolkowymi, żywymi piosenkami z repertuaru Seabear. To przede wszystkim prezentacja spójnego i różnorodnego (raz kojącego, a raz trochę złowieszczego), ale oszczędnego w środkach, muzycznego świata introwertycznej Sóley. Artystki o niecodziennej wrażliwości, która najpewniej nie zostanie w pełni zrozumiana i doceniona, ale tak to już bywa, kiedy ktoś ociera się o geniusz.- Michał Perzyna esensja.pl [zdjęcia oraz linki ~b69s]

Beirut – “The Rip Tide”.

Na współczesnym rynku muzycznym niewielu jest artystów, którzy tworząc muzykę folkową, nieustannie wnosiliby do niej coś świeżego. Zach Condon przez lata udowadniał, że chce i potrafi to robić, a zarówno jego EP-ki, jak i longplaye stanowiły kontaminację ludowych inspiracji ujętych we współczesny, zaskakujący kontekst. “The Flying Club Cup” z 2007 roku było i nadal jest albumem udowadniającym, w jak rozbudowanych aranżacjach Beirut opowiada dosyć melancholijne, a czasem pełne prostoty i radości historie. I że nigdy się one nie nudzą. Dlatego sporym zaskoczeniem jest najnowsze wydawnictwo Zacha zatytułowane “The Rip Tide”. Czy naprawdę ktoś spodziewał się tak nostalgicznej, spokojnej płyty?

Promujący ją singiel bynajmniej nie zapowiadał tego typu zwrotu w karierze urodzonego w Santa Fe piosenkarza. “East Harlem” jest jeszcze przedłużeniem muzyki, którą Zach Condon proponował swoim fanom na “Gulag Orchester” i “The Flying Club Cup”, a nawet po części na EP-ce “March of the Zapotec”. Jest to bowiem piosenka tchnąca radością i nadzieją (wystarczy wsłuchać się w jej ujmująco prosty tekst), gdzie łatwo znaleźć odwołania do “Nantes” czy “Sunday Smile” z poprzedniego longplaya muzyka. Jednak to nie żywe, wesołe aranżacje będą cechować “The Rip Tide”. W każdym razie nie tylko.

Ten album przyciąga uwagę głównie dzięki swojej dwutorowości. Miesza się na nim charakterystyczna dla zespołu folkowa energia, razem z nagłą melancholią i tęsknotą wybrzmiewającymi już nie tylko w tekstach. “Santa Fe” czy “Goshen” to kawałki wyjątkowo stonowane pod względem linii melodycznej, w których wokal snuje się z melancholią wyśpiewując tekst. Ten zwrot w twórczości Beirutu można poczytywać za nowość i na pewno świadczy o tym, że zespół nie stoi w miejscu, ale na tle wszystkich dotychczasowych dokonań wypada dość blado. Takie wybitnie lekkie w odbiorze, smętne piosenki szybko nużą powodując, że chętnie wraca się do wcześniejszego dorobku Condona. Dlatego tak cieszą nawiązującego do niego na “The Rip Tide” zrywy jak choćby tytułowy kawałek. W podobnym stylu kończy się płyta, a “Port of Call” to jeszcze wyciągnięcie ręki do tego, jak kiedyś grał zespół. Czyżby niełatwo było muzykom zerwać z dotychczasową stylistyką?

Najnowszy album Zacha Condona rozczarowuje sielskim, jednoliniowym w kwestii melodycznej spokojem, który dotąd był obcy jego muzyce. Słuchaczom przyzwyczajonym do rozbudowanych folkowych aranżacji może stać się ością w gardle, ale nie jest na tyle zły, by porzucić go po jednym przesłuchaniu. “The Rip Tide” można cały czas odkrywać, ale szybko okaże się, że nie ma już nic więcej do znalezienia. Szkoda, bo to mógł być kolejny świetny album.- Monika Pomijan/um.pl [drobna korekta, linki oraz zdjęcia ~b69s]

 

Thomas Feiner & Anywhen~The Siren Songs

On the last day of summer the sun shines bright
And we’re walking through the woods
What if love is the greatest damn liar of all
Would you trust me with your life?

On the last day of summer the clouds are white
And I’m sitting by the lake
And she’s singing my name, she’s beckoning me
If I just lose myself for now
For one day

I want to drown in her precious arms
I want to listen to the siren songs
She got me down into the water
And she got me holding on

And she’s floating oh so peacefully
As I’m watching from below
In the bluest water I ever saw
The palest body to be striped
By the sun

I want to drown in her precious arms
I want to listen to the siren songs
She got me down into the water
And she got me holding on

So let me drown in those precious arms
With all my untouchabilities washed away
Let me for once be lost for reason
Let me be lost
For words

~b69s

Teledyski po polsku

Gdy 1 sierpnia 1981 r. zaczęła działalność MTV, polscy telewidzowie mieli do dyspozycji dwa kanały, a muzyka służyła głównie do zatykania dziur w programie.

W czasach PRL-u czas między poszczególnymi pozycjami programu wypełniano pokazując pocztówki z widokami przyrody lub zegar. Gdy przerwa miała być dłuższa nadawano piosenki. Poprzedzała je sakramentalna zapowiedź spikera: “Do czasu rozpoczęcia kolejnego programu, posłuchajmy muzyki”.

Atrapa trabanta

Określenie to pojawiło się w polskiej telewizji wraz z nastaniem ery MTV. Jednak “krótkie filmy z muzyką” zaczęły u nas powstawać już wiele lat wcześniej. Z początku dominowały swojskie klimaty. Mira Kubasińska, wokalistka zespołu Breakout nabierając wodę ze studni i karmiąc kury, wyśpiewywała “Gdybyś kochał, hej”, a Skaldowie wymachiwali ciupagami w rytm “Z kopyta kulig rwie”. Będąc wiernym ludowej tradycji, polscy wykonawcy szli jednocześnie za przykładem kolegów z zachodu. Pierwsze “preteledyski” Boba Dylana czy The Doors, powstawały przy okazji kręcenia filmów ~ klipy były ich integralną częścią. Podobnie było w Polsce ~ piosenki Skaldów składały się na film muzyczny “Kulig”.

Zanim w roku 1982 w polskiej telewizji powstały pierwsze programy muzyczne, teledyski [czy raczej ich ówczesne odpowiedniki] można było ~ oprócz wspomnianych przerw w programie ~ obejrzeć w ramach “Koncertu życzeń”, który przez lata był żelaznym punktem telewizyjnej ramówki. Wśród serdecznych życzeń dla solenizantów i jubilatów, w programie zdominowanym przez utwory Violetty Villas czy Jerzego Połomskiego, można było od czasu do czasu zobaczyć również klip Czerwonych Gitar czy Breakoutów. Muzyka gościła też w cyklicznej audycji Studio 2, wymyślonej przez Mariusza Waltera, późniejszego założyciela TVN-u. Na program nadawany od 1974 r. w wolne soboty [w PRL-u obowiązywał początkowo 6-dniowy tydzień pracy, który stopniowo ograniczano do 5 dni] składały się m.in. takie pozycje jak “Piosenki na życzenie” czy “Piosenka na dobry początek dnia”. Studio 2 zasłynęło jednak nie z emisji teledysków, ale z recitali wykonawców z Polski i zagranicy. W programie zagrali na żywo m.in. Abba i Manhattan Transfer.

Teledysk stał się w polskiej telewizji pełnoprawnym i samodzielnym gatunkiem w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Powstanie MTV zainspirowało telewizyjnych włodarzy do umieszczenia w ramówce audycji z muzyką z obrazkami. Wypełnione były nią takie programy jak “Telewizyjna lista przebojów” czy “Przeboje Dwójki”. W pierwszym emitowano wyłącznie polskie klipy. Premierowa emisja programu zaplanowana była na 13 grudnia 1981 r. Emisja nie doszła jednak do skutku. Tego dnia telewizja nadawała tylko jeden przebój ~ przemówienie generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Lista wystartowała na dobre niecały rok później. Co miesiąc wybierano dziesięć najlepszych polskich wideoklipów. Początkowo program miał charakter rockowy, z czasem ewoluował w stronę muzyki środka. Choć sporo klipów nadawanych w programie było nudnych, statycznych, nagrywanych “na stojąco”, a ich jedynym urozmaiceniem był ciekawy element scenografii, taki jak atrapa trabanta w “Józek nie daruje Ci tej nocy” Bajmu, stopniowo dawał o sobie znać też drugi, “światowy” nurt, w którym odczuwało się fascynacje produkcjami MTV. Reprezentował go m.in. klip do “Ten wasz świat” Oddziału Zamkniętego, który w pierwszym, historycznym notowaniu “Telewizyjnej Listy Przebojów” zajął drugie miejsce. Plenerowe zdjęcia, nieoczywiste ujęcia, szybki [jak na tamte czasy] montaż wniosły na antenę polskiej telewizji powiew zachodniego świata.

Zdarzały się jednak produkcje, w których cytowanie zachodu było zbyt dosłowne. Reżyser teledysku do “Ucieczki z tropików” Marka Bilińskiego wybrał drogę na skróty – poskładał klip z fragmentów amerykańskiego filmu. W tamtym czasie takie zabiegi nikogo jednak nie oburzały. Klip Bilińskiego był hitem nie tylko w “Telewizyjnej liście przebojów”, ale również w “Przebojach Dwójki” ~ programie nadawanym kilka razy w tygodniu po godz. 19. Można w nim było obejrzeć nie tylko polskie, ale również zagraniczne teledyski. Królował Shakin Stevens i Limahl. Z kolei w “Wideotece” Krzysztof Szewczyk nadawał utwory Madonny, Michaela Jacksona, Queen czy Dire Straits. Klipy były nagrywane bezpośrednio z MTV i emitowane w polskiej telewizji z identyfikacją graficzną amerykańskiej stacji. W ten sposób każdy mógł choć przez kilka minut dziennie poczuć się jakby oglądał MTV “w oryginale”.

Stary, da się to puścić?

Lata 90. wiele osób uznaje za złotą dekadę w dziejach MTV ~ był to czas programów takich jak “MTV Unplugged”, “Yo! Raps” czy “120 Minutes”. Również w polskiej telewizji pojawiło się sporo nowych muzycznych pozycji. “Muzyczna Jedynka”, “Alternativi”, “Lalamido”, “Clipol”, “Luz”. Niektóre inspirowane były programami z portfolio najsłynniejszej muzycznej stacji świata ~ “Rock Noc”, prowadzoną przez Piotra Klatta i Jarka Janiszewskiego porównywano do alternatywnego “120 Minutes”. Duża liczba programów muzycznych, stopniowe asymilowanie przez polski show biznes zachodnich wzorców działania ~ wszystko to powodowało, że polskich teledysków powstawało w latach 90. coraz więcej. Pod koniec dekady krajową produkcję szacowano na 300 teledysków rocznie. Polscy twórcy stopniowo przyswajali kanony gatunku i posługiwali się nimi coraz sprawniej. Nie ograniczali się przy tym tylko do kopiowania ~ wielu reżyserów polskich teledysków dopracowało się własnego stylu i języka. Radzili sobie coraz lepiej mimo, że budżety polskich klipów były kilkadziesiąt razy mniejsze niż tych tworzonych na zachodzie.

Lata 90. przyniosły kilka oryginalnych teledysków ~ przykłady to choćby “Piejo kury, piejo” Grzegorza z Ciechowa w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego , czy “Stokrotka” T.Love.

Nagrody zdobywały też m.in. “Bruk” Sweet Noise czy “Fleciki” Kayah. Strona wizualna klipów stawała się coraz bardziej atrakcyjna. Modna i coraz częściej wykorzystywana była animacja. W tej dziedzinie szlaki przetarły takie produkcje jak “Sprawiedliwość” Tie Break i “Oto są” Pudelsów.

Wiele ciekawych teledysków zaczęło też stopniowo powstawać poza głównym nurtem kultury popularnej. Tu również byliśmy świadkami ewolucji ~ pierwsze klipy hip hopowe ograniczały się do półamatorskich obrazów kręconych na podwórku czy w podziemnym garażu. Z czasem hip hopowe klipy zaczęły się wyróżniać coraz większą realizacyjną sprawnością, a także zaskakiwać pomysłami. Na przeciwnym biegunie stały teledyski disco-polo. Nadawane od 1994 r. w każdą niedzielę o godz. 10 w polsatowskim programie “Disco Relax”  były odporne na wszelkie zmiany trendów.

Pod koniec lat 90. branża coraz mocniej zaczęła odczuwać potrzebę utworzenia odrębnej stacji muzycznej. W ogólnodostępnych kanałach naziemnych programów o muzyce było sporo, jednak wytwórniom i tak robiło się tam coraz ciaśniej.  Opowiadano historie o tym jak przedstawiciele działów promocji wytwórni snuli się po korytarzach telewizji z kasetami, pytając znajomych dziennikarzy: “Stary, da się to puścić?”. Sytuacja zmieniła się w 1997 r. Powstała pierwsza polskojęzyczna telewizja muzyczna Atomic TV. Wytwórnie przestały być zdane na łaskę i niełaskę redaktorów z TVP czy Polsatu. Jednym ze jej współwłaścicieli była wytwórnia płytowa Polygram. Muzyka gościła na antenie kanału przez całą dobę. W 2000 r. Atomic TV przekształciło się w MTV Polska. Rok wcześniej polskojęzyczny program zaczęła też nadawać Viva TV. Wkrótce telewizja MTV miała jednak zrezygnować z nadawania teledysków – ich miejsce zajęły reality shows i programy rozrywkowe. Wprowadzenie klipu, zwłaszcza tego bardziej niszowego na telewizyjną antenę znów stało się nie lada wyzwaniem. Na szczęście na pomoc przyszedł internet. Ale to już zupełnie inna historia… Bartek Radniecki/onet.pl [mała korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Fink – “Perfect Darkness”.

39-latek z Brighton nijak nie pasuje do Ninja Tune. Może właśnie dlatego to jego album jest jedną z najciekawszych pozycji ostatnich lat w katalogu tej wytwórni.

Fink w przeciwieństwie do innych twórców z legendarnej londyńskiej oficyny nie stawia na mieszankę hip-hopu z elektroniką, jazz przyszłości czy mroczne ucieczki w downtempo. Nie ogranicza swojej twórczości do warstwy instrumentalnej. Nie stara się iść z duchem najnowszych trendów czy wręcz wyprzedzać je. Jawi się raczej jako zgorzkniały człowiek na życiowych rozdrożach, który w parze z gitarą akustyczną tworzy oszczędnego bluesa, sięgając czasem jeszcze do muzyki folkowej.

Rzadko kiedy tytuł płyty odzwierciedla w pełni jej zawartość. Fink trafił w dziesiątkę, bo jak sam przyznał tworzył “Perfect Darkness” nie z zamysłem, aby dołować słuchaczy, lecz zapewnić im dobry podkład do refleksji na temat współczesnego świata ~ emocji, pieniędzy, miłości, zachowania człowieka, który ma do wyboru wielką karierę w dużej korporacji lub utrzymanie całkowitej niezależności. Chcąc nie chcąc takie rozważania nie należą do najłatwiejszych, najprzyjemniejszych, stąd też Fink wraz ze swoim zespołem [towarzyszy mu pięciu muzyków] zadbał o to, aby brzmienie nie było hałaśliwe, efektowne czy jakkolwiek nowoczesne. Bywa niepokojące, czasem odwołuje się do chociażby tego, co lata temu oferował nam Beck [a to zasługa producenckiej pomocy Billy'ego Busha], w największej mierze jest jednak bardzo głębokie.

Wydaje się, że to najlepsze dokonanie w karierze Fina Greenalla. Całość jest niezwykle spójna, bardzo dopracowana i pomimo swojego lekko smutnego, jesiennego charakteru – nie dołuje. Bardziej jednak spodoba się starszym słuchaczom, trochę zmęczonych tempem życia, aniżeli młodzieży szukającej w katalogu Ninja Tune kolejnych brawurowych brzmień.- Andrzej Cała/onet.pl [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Suzanne Vega

Suzanne Vegajedna z najzdolniejszych piosenko – pisarek swojego pokolenia, wydała trzecią płytę z cztero – albumowej serii, będącej nową aranżacją jej dotychczasowego muzycznego dorobku. Od 11 lipca 2011 w dobrych sklepach muzycznych, można zakupić najbardziej intymną płytę piosenkarki.

Album “Close – Up Vol. 3, States of Being” dotyczy głównie człowieka, jego stanu umysłu oraz miejsc do których trudno jest dotrzeć. Każdy może być narratorem utworów znajdujących się na płycie, ponieważ mogą dotyczyć każdego z nas.

- Zwykłam nazywać tę serię, piosenkami zdrowia psychicznego. Wyrażają one stan umysłu, ale nie tylko. Nie nazywałabym ich moimi osobistymi piosenkami, ale opisem miejsca gdzieś w głębi ludzkiej duszy ~ mówi Suzanne Vega.

Nowym utworem w tej kolekcji jest Instant Of The Hour After. To > kompozycja z nowej sztuki teatralnej z muzyką Carson McCullers. Duncan Sheik jest kompozytorem a Suzanne napisała scenariusz i tekst. ~b69s

The Rosebuds – “Loud Planes Fly Low”.

Wydawałoby się, że formuła mężczyzna-songwriter i towarzysząca mu kobieta o anielskim głosie została w ostatnim czasie mocno zużyta. The Rosebuds, czyli pochodzący z Południowej Kalifornii Ivan Howard oraz Kelly Crisp swoją piątą studyjną płytą udowadniają, że jednak nie wszystko w tej kwestii zostało powiedziane. Płyta “Loud Planes Fly Low” jest szczególna, ponieważ powstała tuż po rozwodzie tej niecodziennej pary. Ogromny ładunek emocjonalny związany z rozstaniem ~ smutek, tęsknota, ale też i nadzieja, został przelany na “Loud Planes Fly Low”, a my jako słuchacze możemy uczestniczyć w wyjątkowej, bardzo intymnej rozmowie między byłymi małżonkami.

Recenzując album “Loud Planes Fly Low” trudno pominąć relację łączącą Ivana Howarda i Kelly Crisp. Duet The Rosebuds powstał w 2001 roku, zaraz po zawarciu związku małżeńskiego przez Howarda i Crisp, a sami zainteresowani zaczęli mówić o sobie Ivan i Kelly Rosebud. Utwory z czterech poprzednich płyt w mniejszym lub większym stopniu opisują ich związek, a miłość jest dla nich silną inspiracją twórczą. Dlatego też mogłoby się wydawać, że rozstanie Ivana i Kelly to koniec The Rosebuds. Tymczasem w czerwcu ukazała się jedna z lepszych (o ile nie najlepsza) płyta w historii tego duetu i co najważniejsze nie jest ona wcale łzawa i depresyjna, mimo licznych osobistych odniesień. Jednym z takich osobistych utworów jest bez wątpienia “Come Visit Me”, w którym po raz pierwszy na płycie pojawia się wokal Kelly, a słowa “I need you to see me even if it makes it worse” są jednoznaczne. Nuta smutku pojawia się również w utworze “Limitless Arms”, gdzie wtłoczony między instrumenty Howard szepta “I need you for the last time”.

Jednak wcale nie trzeba znać tekstów piosenek, żeby poczuć te kipiące z płyty “Loud Planes Fly Low” emocje. Jedną z zapadających w pamięć ballad jest “Without a Focus”, dzięki której na chwilę możemy przenieść się do świata, w którym istnieje tylko Ivan Howard i jego gitara. Pojawiające się dźwięki wiolonczeli, pogłębiają refleksyjny wymiar płyty. Ale nie dajmy się zwieść pozorom, bo “Loud Planes Fly Low” jest momentami energiczna. W końcu nie bez powodu The Rosebuds należą do nurtu indie pop. Do utworów, przy których można lekko potupać nogą należą bez wątpienia “Woods” i wcześniej już wspomniany “Come Visit Me”.

Howard i Crisp dokonali niezwykłej rzeczy, bo opisywanie tak bardzo osobistych przeżyć mogło skończyć się tragicznie. Tymczasem my jako słuchacze nie jesteśmy świadkami odzierania z jakiejkolwiek prywatności. “Load Planes Fly Low” w intymny i delikatny sposób opowiada o końcu pewnego etapu w życiu i przygotowaniach do rozpoczęcia następnego.

Oficjalnie The Rosebuds to duet, jednak w trasy koncertowe Ivan i Kelly zapraszają innych artystów. Przy promocji “Loud Planes Fly Low” na scenie muzykom towarzyszą Logan Matheny i Daniel Hart. Duet jest również muzycznie związany z formacją Bon Iver, z którą obecnie koncertuje. Szkoda, że jest to trasa wyłącznie po Stanach Zjednoczonych, bo wspaniale byłoby posłuchać albumu “Loud Planes Fly Low” w wersji live.- Katarzyna Sobelga/um.pl [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Portishead i Fleet Foxes na Malta Festival 2011

Dwa różne, ale równie wspaniałe zespoły zgotowały święto wszystkim nadwrażliwcom, którzy zdecydowali się stawić 6 lipca na poznańskiej Malcie.

Do zachodu słońca grali młodzi mistrzowie folku z Fleet Foxes, po zachodzie: trip-hopowi geniusze z Portishead. Dobór gości na powoli kończącym się Malta Festival 2011 był trafiony w dziesiątkę ~ oba zespoły zagrały w Polsce po raz pierwszy. Oba były bardzo oczekiwane i pojawiły się w ważnym dla siebie momencie: amerykańscy brodacze promują swój drugi album Helplessness Blues, zaś brytyjczycy szykują się do nagrania czwartej studyjnej płyty.

Miejsce było urocze, ale ciasne. Publiczność musiała zmieścić się na wąskim, ale długim pasie między torem wyścigów wodnych a trybunami. Tym, którzy mieli miejsca w drugim sektorze, widok zasłaniała wieża akustyka. Ci, którzy siedzieli na trybunach, mogli sobie skręcić kark od spoglądania na prostopadle do trybun ustawioną scenę. A jako, że na poznańskiej Malcie pogoda była jak na Malcie, na to muzyczne wydarzenie przyszło mnóstwo osób. Na oko więcej, niż na przeciętny mecz polskiej Ekstraklasy. Ten koncert był zwieńczeniem dwóch tygodni, w ciągu których można było w Polsce zobaczyć na żywo Arcade Fire, Coldplay, Pulp, Prince’a i The Strokes. Wszystkich po raz pierwszy. Lepiej być nie mogło.

Kiedy na scenę weszli muzycy Fleet Foxes, wyglądali raczej jak fani własnego zespołu, niż czołowa amerykańska kapela grająca alternatywnego folk-rocka. Wokalista Robin Pecknold, ubrany w obowiązkową kraciastą koszulę tryskał niepewnością i ograniczył się do krótkiego “thank you” po każdej piosence, a obowiązek konferansjera wziął na siebie perkusista. Zaczęli od pięknie rozwijającego się The Cascades, w którym wokal brzmiał zdecydowanie za cicho. W kolejnych piosenkach było o niebo lepiej. Sześcioosobowy skład oprócz obowiązkowych gitar akustycznych, mandoliny, pianina i perkusji, korzystał też z altówki, kontrabasu i fletu, co na żywo dodało brzmieniom piosenek więcej “wigoru”. Rozbudzające były zwłaszcza kawałki z debiutanckiego albumu “Fleet Foxes”. Potężnie i wzruszająco zabrzmiał Your Protector, piękny i cudownie zaśpiewany przez Robina White Winter Hymnal [ < zobacz i posłuchaj mojego projektu muzycznego na YouTube - przyp.~b69s] przeszedł bez pauzy w Ragged Wood, a później w Lorelai tak, jakby te utwory były zrośnięte ze sobą od zawsze. Brodaty wokalista z każdym kawałkiem brzmiał coraz lepiej i okazało się, że utwory z drugiej płyty zespołu na żywo są pogodnymi żywiołami z Zachodu, bo drużyna Pecknolda pochodzi z Seattle. Battery Kinzie z potężnymi bębnami wprawiło wszystkich w przyjemne drgania, a przy Helplessness Blues miało się ochotę robić coś więcej, niż tylko tupać nóżką. Bisów niestety nie było, ale wyglądało na to, że wokalista był wielce zaskoczony pozytywnym przyjęciem, bo pod koniec występu kazał swoim kolegom zagrać jeszcze jedną piosenkę. Muzyka Fleet Foxes na tle zachodzącego słońca brzmiała nieprzyzwoicie sielsko. Przez nieco ponad godzinę wszyscy mieliśmy brody. Oszczędnemu scenograficznie koncertowi amerykańskiej grupy wystarczyły proste melodie i nieśmiałość wokalisty, żeby wszystkich mieć w kieszeni. Byli równie szczęśliwi, że mogą grać przed Portishead jak wszyscy zgromadzeni, że mogą tak dobry zespół oglądać przed gwiazdą wieczoru.

O ile na co dzień na torze Malty ścigają się wioślarze, o tyle w środę dwa wielkie zespoły ścigały się o emocjonalną hegemonię. Robin Pecknold swoje uczucia wyraża cudownym skowytem, Beth Gibbons potrzebuje do tego rozpaczliwego szeptu. Portishead zaczęli od Silence, które dzięki połączonej mocy dwóch bębniarzy zabrzmiało tak, jakby wody jeziora miały się zaraz rozstąpić. Nieruchomo trzymająca się mikrofonu Beth i pięciu wspomagających ją muzyków pokazało, że są apostołami trip-hopu. Grają nie tyle na instrumentach, co na emocjach. Trudno powstrzymać dreszcze kiedy wokalistka neurotycznie krzyczy “Give me a reason to love you” w Glory Box. Wystarczyło pół nuty przepięknego utworu Roads żeby wszyscy wiedzieli, że nadchodzi wiekopomna chwila, i jedno zaśpiewane przez piosenkarkę słowo, aby tłum niespokojnie zafalował. Nie wypadało rytmicznie klaskać, głupio było jeść hot-doga. Na trip-hopowej mszy nie wypada wyprawiać takich brewerii. To samo działo się przy Numb i Only You. Repertuar był perfekcyjny. Wszystko zagrane tak profesjonalnie, że momentami wręcz nużąco, ale niewdzięcznością byłoby narzekać. Było Machine Gun z serią z perkusji, która mogłaby wykurzyć z jaskiń Talibów, ale też nowe piosenki pokazujące, że zespół ma pomysł na to, co dalej robić ze swoim brzmieniem. Koncert Portishead był enigmatyczny, wokalistka pozostawała nieodgadniona i tajemnicza i nie przymilała się publiczności, korzystając z “koncertowych rozmówek angielsko-polskich”. Wystarczy, że jest i śpiewa na scenie, żeby było święto. Tego dnia Poznaniem nie rządziła mafia, ale dobra muzyka. I to taka, przy której szczytem dezynwoltury jest machanie bioderkiem [...] Bartosz Sadulski/onet.pl [obiektywna korekta tekstu wraz z linkami ~b69s & Jagoda]

Joan As Police Woman – “The Deep Field”.

Joan Wasser nie jest w naszym kraju wokalistką znaną, mimo to, nie jedna osoba na pewno słyszała ją śpiewającą [gościnnie] na albumach wielkich artystów. Jej trzeci album, a w roli Joan As Police Woman pierwszym, o którym na pewno usłyszą, dzięki temu, że po wielu osobistych traumach i trudnościach, może się wreszcie przebić do świadomości wielu słuchaczy.

Kilka lat temu dała się poznać ze współpracy z Lou Reedem, Antony Hegartym, Scissor Sisters. Jednak już po wydaniu debiutanckiego „Real Life” stało się jasne, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej charyzmatycznych, nowych kobiecych głosów. Sama swoją muzykę określała jako punkową wersję r&b, choć w jej nagraniach jest zdecydowanie więcej popowego, ale jednak zadziornego serca.

“The Deep Field” prezentuje się jako najbardziej dojrzały album w jej dotychczasowej karierze. W nagraniach mamy więcej ciepłych, płynących klimatów. Neo soulowa wrażliwość w połączeniu z nutą trad-rockowej harmonii. Piękno głosu Joan ma jak zwykle znaczenie decydujące, ale warto zwrócić uwagę na fenomenalny akompaniament muzyków towarzyszących artystce, szczególnie w partiach dęciaków i sekcji rytmicznej groove. Intymna, kobieca, popowo-soulowa muzyka. Brytyjski The Sun pisze o nowym albumie, że to doskonałe połączenie Joni Mitchell i Billie Holiday - i jest w tym wiele racji. ~b69s

Brooke Fraser – “Flags”.

Trzeci studyjny materiał popowo-folkowej gwiazdy z Nowej Zelandii, która ma wszelkie zadatki ku temu, by zdobyć międzynarodową sławę.

Album “Flags” już zawojował ojczyznę artystki i Australię, a został zauważony również w Wielkiej Brytanii i USA. Brooke Fraser materiał na płytę napisała po przeprowadzce do Los Angeles, gdzie zapragnęła szukać inspiracji. “W Nowej Zelandii czułam się sfrustrowana i potrzebowałam uciec do miejsca, w którym mogłabym się skupić” – wspomina. Album wyprodukowała sama, zaś w pisaniu piosenek wspomógł ją mąż, Scott Ligertwood, a także Jon Foreman, muzyk zespołu Switchfoot. Utwory zamieszczone na krążku dotyczą przeżyć rodzinnych, a także ciężkich spraw, jak śmierć, cierpienie, żałoba. Płytę promował energetyczny, ciepły numer “Something In The Water”. [Klikając na zdjęcie poniżej, zobacz oficjalne wideo promujące płytę "Flags".- przyp.~b69s]

Official Video

- Warto również wspomnieć, że poza singlami na szczytach nowozelandzkich list przebojów, Brooke ma na koncie sukcesy w postaci supportowania Johna Mayera i Davida Bowiego. Piękny głos Nowozelandki, rozmarzone popowe piosenki, łatwe do zapamiętania i śpiewania melodie oraz  wyjątkowy dar do pisania przemawiających do słuchacza historii – to klucze do sukcesu Fraser. Od dziecka uwielbia Carole King, Joni Mitchell, Jamesa Taylora i Vana Morrisona. Oprócz śpiewania, potrafi dobrze grać na fortepianie, którego tajniki zgłębia od 12 roku życia. Jest też aktywną uczestniczką akcji i organizacji charytatywnych, choćby Charity Water.- źródło/warnermusic.pl [korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Kate Bush

Klikając na zdjęcie, posłuchaj albumu "Director’s Cut".

Jej głos i uroda mają zniewalającą moc. Jej nieobecność dziwi jeszcze bardziej. Ostatni raz koncertowała w 1979 roku. Publicznie widziano ją 10 lat temu. Posądzana o obłąkanie, właśnie wróciła po sześciu latach milczenia.

Jeżeli wyszukamy w Google’u frazę “dziwna Kate Bush”, wyświetli się ponad 5,5 miliona wyników, więcej, niż przy zapytaniach o “genialną Kate Bush” czy “seksowną Kate Bush”.

Na uboczu

Kate Bush uchodzi za ekscentryczkę z wielu różnych powodów, ale tym najbardziej znaczącym wydaje się jej długoletnia nieobecność w życiu publicznym. Niektórzy wprawdzie wskazują, że jej rzekome pustelnictwo to wyświechtany stereotyp, ale nie jest on pozbawiony podstaw. Bush nie wystąpiła w telewizji od 1994 roku, a ostatni raz publicznie pokazała się w 2001 roku, na rozdaniu nagród Q Awards. Nawet jeżeli zaciekle broni swej prywatności, jej postawa wydaje się skrajnością. Bush ~ niegdyś najbardziej gibka i zmysłowa wśród piosenkarek ~ w ciągu ostatnich 25 lat do tego stopnia odgrodziła się od producentów, muzyków, wytwórni, prasy, branży, koncertów oraz fanów, że stała się nie tylko niewidzialna, ale wręcz niematerialna.

Nic więc dziwnego, że próżnię tę wypełniły pogłoski i domysły, przedstawiające ją najczęściej jako obłąkaną i przerażoną współczesną pannę Havisham. W erze gwiazdorstwa ~ zjawiska, którego szczerze nie znosi ~ najwyraźniej tylko nieobecność jest w stanie nas zaszokować.

Jej obsesja na punkcie prywatności jest ewidentna, ale przekonanie, że żyje w odosobnieniu niczym wiedźma, to zwyczajny nonsens. Bush mieszka wraz z gitarzystą Danny McIntoshem i ich 12-letnim synem Bertiem. Wiedzie spokojne, normalne życie ~ chodzi na pocztę i na przyjęcia do znajomych. Ludzi, którym ufa, obdarza troską, czułością i przyjaźnią.

Artystka uciekła od rozgłosu i błysku fleszy głównie po to, by zapewnić swojemu synowi podobne warunki do tych, w jakich sama się wychowała.

We własnym świecie

Official Website

Duże znaczenie miała także potrzeba ochrony własnej tożsamości. Twórczość Bush często bywała bardzo teatralna: artystka wcielała się w role, także te męskie, akcentowała swą seksualność i starała się wyzbyć zahamowań, by móc w pełni wyrazić swą wizję. W rezultacie publiczność nieraz postrzegała jej piosenki, wizerunek oraz rzeczywiste życie jako spójną całość. “Istnieje pewna postać, uwielbiana przez fanów ~ przyznała kiedyś. ~ Ale szczerze wątpię, czy tym kimś jestem ja“.

Ludziom wydaje się, że jej osobliwe piosenki opisują jej styl życia, ale w rzeczywistości ona bardzo twardo stąpa po ziemi ~ podkreśla jej były producent Jon Kelly. ~ Kiedyś postanowiła, że będą dwie Kate Bush i udało jej się oddzielić te dwie postaci. Nie należy mylić publicznego wizerunku artysty z tym prywatnym.

Bush dokonała tego rozróżnienia dawno temu, ale jej fanom i znacznej części mediów trudno było to zrozumieć, co bez wątpienia wpłynęło na jej decyzję o wycofaniu się z życia publicznego. Sugeruje się także, że piosenkarka, która w młodości zachwycała swą aparycją, nie chce pokazywać się dziś, w średnim wieku, by uniknąć niewygodnych porównań.

Szalona perfekcjonistka

Jej dziwactwa są powszechnie znane, ale specjalnie nie zaskakują. Wielu producentów i muzyków opowiada o jej obsesyjnej etyce pracy. Bush ~ perfekcjonistka, która w muzyce w równym stopniu ceni emocje i nowatorstwo ~ na początku kariery doprowadzała swych współpracowników do szału. ~ Babooshkę” nagrywaliśmy przez trzy dni non stop ~ wspomina Brian Bath, gitarzysta KT Bush Band.

- Kazała wiele razy rejestrować te same partie, ale nigdy nie wiedziałem, dlaczego ~ dodaje Max Middleton, który uczestniczył w sesjach do płyty “Never For Ever“. ~ Inni muzycy prosili o powtórki, kiedy tempo było za szybkie, albo zagrało się niewłaściwy akord, ale ona szukała czegoś mglistego, atmosfery, nastroju.

Owa pogoń za tym, co nienamacalne, tłumaczy poniekąd, czemu jej płyty powstają tak wolno. Od 1993 roku Bush wydała zaledwie dwa albumy. Odkąd poświęciła się życiu rodzinnemu, tempo jej pracy spadło jeszcze bardziej, choć na “Director’s Cut” pojawiają się sygnały ~ zwłaszcza w swobodnym, Stonesowskim boogie “Rubberband Girl” ~ że artystka pragnie wyzwolić się z tyranii perfekcjonizmu i postawić na spontaniczność. Czy przełoży się to na częstsze premiery albumów? To się okaże w przyszłości.

Zważywszy długie milczenie i coraz rzadsze publiczne występy , można dojść do wniosku, że padła ona ofiarą własnego sukcesu.

You Tube

Przygotowując się do pisania biografii Kate Bush, zatytułowanej Under The Ivy, rozmawiałem z nieżyjącym już Bobem Mercerem, jej wieloletnim przyjacielem z wytwórni EMI, który podpisał z nią kontrakt, gdy była jeszcze nastolatką i pomógł jej rozwinąć skrzydła. Czy sława okazała się jej przekleństwem? “Nie ~ odpowiedział. ~ Myślę, że popularność wcale jej nie zaszkodziła. Kate poprowadziła swą karierę dokładnie tak, jak chciała“.

Zaskakujący powrót

Najbardziej enigmatyczna i nieprzystępna brytyjska piosenkarka ostatnich 30 lat sama określiła się kiedyś mianem “odludka i dziwadła”. Choć nie jest to do końca prawdą, kampania promocyjna jej pierwszego od sześciu lat albumu raczej nie przełamie tego stereotypu.

Na wydanej właśnie płycie “Director’s Cut” Bush powraca do piosenek z albumów “The Sensual World” z 1989 roku i “The Red Shoes” z 1993 roku. Nie wyjaśnia jednak powodów takiej artystycznej decyzji. Fanom musi wystarczyć kilka miłych, zabawnych zdjęć, parę mało odkrywczych wywiadów w prasie i w radiu, oraz straszliwie pretensjonalny wideoklip, w którym Bush nawet się nie pojawia. Piosenkarka odbyła swą ostatnią trasę koncertową w 1979 roku i od dawna omija także szerokim łukiem telewizyjne programy Joolsa Hollanda oraz Grahama Nortona.- Graeme Thomson/Daily Telegraph [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Historia nowej legendy

Dokonali rzeczy niebywałej, podbili Stany Zjednoczone! Od czasów Beatlesów i Stonesów stali się pierwszym brytyjskim zespołem gitarowym, który za Atlantykiem wywołał tak wielkie i długofalowe zainteresowanie milionów odbiorców.

Ta sztuka nie udała się nawet braciom Gallagher i ich Oasis. Każda z czterech studyjnych płyt Coldplay osiągała na amerykańskim rynku multiplatynowy nakład. Czy rzeczywiście obcujemy z grupą, która w nowe milenium wprowadziła stadionową muzykę rockową w sposób godny następców Pink Floyd i zespołu U2? I jak bardzo temu sukcesowi przysłużyło się małżeństwo wokalisty zespołu ze słynną hollywoodzką aktorką? Pytania te bledną w obliczu głosu publiczności. Tu nie ma wątpliwości: Londyńczycy jedenaście lat po wydaniu debiutu mają legiony wielbicieli!

Przyjeżdżają do naszego kraju w szczególnym momencie swojej kariery. Fani na ich nowy album czekają długie trzy lata. Czy grupa Coldplay gotowa jest do walki o zachowanie bezsprzecznego w poprzedniej dekadzie statusu mega gwiazdy? Nadchodzący koncert na festiwalu Open’er będzie niepowtarzalną okazją do sprawdzenia formy Chrisa Martina i kolegów.

Z piwnicy na szczyty list przebojów

Zaczynali jak każda alternatywna grupa, pracowali na rozgłos przez kilka lat, wydając single w niezależnych oficynach, szlifując materiał na pierwszy longplay. Jednak, już tu kończy się opowieść o standardowym zespole indie. Album Parachutes wydany na Wyspach Brytyjskich w wakacje 2000 roku nie tylko został ciepło przyjęty przez rodzimą publiczność, ale w mgnieniu oka stał się importowanym przebojem amerykańskiego rynku, bo już jesienią płyta doczekała się tam oficjalnej premiery. W znacznej mierze akustyczne, melancholijne piosenki kwartetu zebrane na albumie trafią w efekcie do odtwarzaczy ponad dwóch milionów Amerykanów. Mało kto wtedy spodziewał się jednak, że dla grupy Chrisa Martina będzie to dopiero początek prawdziwego pochodu przez meandry show-biznesu.

Za sprawą drugiego ~ bogatszego, wręcz epickiego – albumu A Rush of Blood to the Head Coldplay stali się najpopularniejszym nowym zespołem na świecie. Cztery przebojowe single wywindowały nakład płyty na niebotyczny pułap ponad dziesięciu milionów egzemplarzy. Wkrótce do fascynacji piosenkami brytyjskiego zespołu przyznali się P. Diddy, Alicia Keys, Beyonce i Jay-Z, czołowe postacie sceny hip-hop/r’n'b. Gdy pod koniec 2002 roku świat obiegła wiadomość o związku Chrisa Martina z aktorką Gwyneth Paltrow, nazwa grupy zaczęła pojawiać się na czołówkach wszystkich mediów śledzących życie gwiazd. Stało się jasne ~ od tej pory Martin zawiadywał rozrywkowym przedsiębiorstwem o niezwykłej sieci kontaktów.

Era tkliwych piosenek, wojna w Iraku i organizacje charytatywne

W takiej sytuacji niełatwo jest zachować przychylność krytyki i szacunek w środowisku niezależnego rocka. Jednak panowie Martin ~ Buckland ~ Berryman ~ Champion nie zapomnieli o istocie swojego zawodu. Album X&Y, choć brakowało mu wyraźnie do arcydzieła, którego klimat próbowała wokół wydawnictwa wytworzyć machina promocyjna, zebrał niezłe recenzje i nakład niemal równie wysoki, jak w przypadku poprzedniej płyty. Zawierał materiał wyraźnie ponad ówczesną średnia, którą już wtedy wyznaczały liczne zespoły garściami czerpiące z sukcesu Coldplay. W połowie dekady tkliwa piosenka z akompaniamentem fortepianu opanowała pop-rockowy rynek.

Jak przystało na lidera zespołu o ambicjach stadionowych, Chris od samego początku angażował się także w działalność charytatywną oraz happeningi na rzecz światowego pokoju. Otwarcie krytykował wojnę w Iraku. Coldplay od lat wspierają Amnesty International, wystąpili na koncercie Live 8, a niedawno podłączyli się pod akcję Paula McCartneya - Poniedziałki wolne od mięsa. Grupa wielokrotnie odmawiała udziału swoich piosenek w wielomilionowych kontraktach oferowanych przez wielkie komercyjne firmy. Złamała się dopiero za ofertą, bądź co bądź związanej pośrednio z muzyką, sieci iTunes. Przy tym, jak na standardy show-bizensu, trudno odmówić zespołowi pewnej skromności, dystansu do samych siebie. Buńczuczne deklaracje ustępują w przypadku Londyńczyków autoironicznym komentarzom. “Jesteśmy dopiero siódmym najlepszym zespołem świata” ~ powiedział kilka lat temu lider grupy, nagabywany przez dziennikarzy.

Umiłowani przez fanów i krytyków

To świetne lekarstwo na brytyjski kompleks niższości. Anglicy marzyli o takim scenariuszu. O formacji z jednej strony cytującej Kraftwerk w przeboju “Talk” i współpracującej przy nagrywaniu płyt z legendarnym Brianem Eno, z drugiej kompatybilnej z rzeczywistością amerykańskiego snu o pięknych, słynnych i bogatych. Nawet gdy Martin niechlubnie paraduje bez spodni na potrzeby skeczu w trakcie rozdania nagród europejskiego MTV w 2005 roku, jego zespół nadal uznawany jest za nowych rzeczników egzystencjalnego, humanistycznego rocka w duchu Echo and the Bunnymen czy wczesnych U2. Gdy rynek niemal zapomniał już o grupie Travis, drugiej wielkiej gwieździe New Acoustic Movement, ostatni album Coldplay Viva la Viva or Death and All His Friends przy pozytywnej opinii dziennikarzy, zdobywa status globalnego bestsellera 2008 roku.

Official Website

Dla grupy o tej skali popularności artystyczna passa może być gwarantem przejścia w realia nowej dekady bez utraty pozycji. Czy przygotowany na drugą połowę tego roku album zachowa balans między szacunkiem krytyki a wielomilionowym nakładem? Długo spekulowano nad kierunkiem, jaki obierze zespół. Wiadomo niewiele – jednym z producentów materiału ponownie został Brian Eno, a Martin obiecał standardowy zestaw tematów poruszanych w tekstach ~ “miłość, uzależnienie, zaburzenia obsesyjno – kompulsyjne, ucieczka oraz praca dla kogoś, kogo nie znosisz”. Wreszcie z początkiem czerwca opublikowano pierwszy singiel, bardzo typowe dla stylu zespołu Every Teardrop Is A Waterfall. Czy niespodzianki czekają zatem na samym longplayu? Nawet jeśli jest trochę prawdy w słowach Liama Gallaghera ~ “Coldplay? Wiecie, to nie jest rock’n'roll” ~ kwartet przyciąga dziś kilkukrotnie większą grupę fanów, niż nowe poczynania byłego wokalisty Oasis.  Jeśli dodamy, że Anglicy zagrają u nas po raz pierwszy ~ koncert zespołu [30.06.br, przyp.~b69s] stanowi jedną z największych atrakcji jubileuszowej 10-tej już odsłony Open’er Festival.- Marcin R. Nowicki/onet.pl [drobna korekta tekstu, linki oraz zdjęcia ~b69s]


Lato pod sceną

Polscy fani muzyki mogą spędzić całe lato na jeżdżeniu po festiwalach, i to bez konieczności wychylania się za zachodnią granicę. Polska z festiwalowej pustyni zamieniła się w dżunglę.

Festiwalowe lato zaczyna się w czerwcu. Studenci przekładają sesje na wrzesień, licealiści uciekają z ostatnich lekcji, a dziennikarze nie nadążają z informowaniem o nowych artystach. Jeszcze kilka lat temu największym dylematem wakacyjnym była decyzja co wybieramy, Chałupy czy Krupówki, na nadmorskich kurortach królowały wtedy gwiazdy typu Norbi czy K.A.S.A., a Open’er był niewielkim festiwalem, jaki miała w owych czasach każda niemiecka wieś. Dzisiaj największym problemem miłośnika dobrej muzyki są logistyka i pieniądze. Podpowiadamy więc co, gdzie, kiedy, po co, jak i za ile. I najważniejsze: pamiętajcie, żeby między festiwalami jeść i spać:)

Jesteśmy w Europie!

W skali Europy Środkowej ~ Polska jest wyjątkowo atrakcyjnym krajem. Dzieje się u nas o wiele więcej, niż w Czechach czy Słowacji, a na Open’erze nie trudno spotkać rzesze muzycznych turystów zza wschodniej granicy. Porównywalny z Gdyńską imprezą jest tylko festiwal Rock for People w Hradec Kralove, który składem przypomina raczej Coke, niż Open’era. My z zazdrością możemy patrzeć na Zachód ~ Niemcy to kraj festiwalami stojący. Od gigantycznych Rock Am Ring czy Rock Im Park, przez Southside Festival, odwiedzany corocznie przez blisko 80 tysięcy osób, aż po festiwale tematyczne, poświęcone muzyce reggae, pop czy techno, ciągnie się wakacyjny szlak niemieckiego melomana. Na małych niemieckich imprezach, typu Melt!, grali wykonawcy tacy jak Oasis i Björk. Dojechaliśmy do Europy spóźnieni, ale ciągle mamy się z kim ścigać.

Dzieje się wiele, wakacje można spędzić podróżując z festiwalu na festiwal, ale też tanio nie jest. Koszt karnetów na wszystkie opisane wydarzenia to około 2,5 tysiąca złotych. Należy dodać do tego dojazdy ~ licząc ulgowe bilety z Warszawy może być to nawet 700 zł. Część festiwali umożliwia nocowanie na polach namiotowych, jednak tam, gdzie ich nie ma, konieczne jest przenocowanie chociażby w hostelu. W Krakowie student prześpi się nawet za kilkadziesiąt złotych, jeśli nie ma w grodzie Kraka znajomych. Młodzież na wakacjach je niewiele, ale ważne jest, żeby w gorące dni regularnie uzupełniać płyny. To kolejne kilkaset złotych. Spędzenie muzycznych wakacji może ostatecznie kosztować tyle, co egzotyczne, tygodniowe wakacje na  Sri Lance. Ale czy spotka się tam Jarvisa Cockera z Pulp, doświadczy epifanii niczym w śląskiej kopalni, albo pozna miłość życia o identycznym guście muzycznym? Oto mapa polskich festiwali:

To było

Burn Selector Festival – lato zaczęło się w Krakowie. 3 edycja festiwalu odbyła się 3 i 4 czerwca na krakowskich błoniach. Organizatorom niewątpliwie udało się stworzyć duży i nowoczesny festiwal muzyki elektronicznej, którego znakiem rozpoznawczym jest gigantyczny namiot, pod którym swoje bity w tym roku rozpuszczali między innymi Klaxons, La Roux i Crystal Castles. Podobno na koncercie swojego ulubionego zespołu Ladytron widziano incognito kardynała Stanisława Dziwisza.

Orange Warsaw Festival  warszawski festiwal nareszcie znalazł sobie wygodne miejsce. Centrum miasta zastąpił nowy stadion Legii. Impreza organizowana od 2008 roku może stać się największym muzycznym wydarzeniem w Warszawie. 17 i 18 czerwca na scenie pokazali się ulubieńcy emo młodzieży ~ My Chemical Romance, rockowi wymiatacze ze Skunk Anansie, gwiazdorzy z poprzedniego stulecia Moby i Jamiroquai oraz następca Skinnera na hip-hopowym tronie ~ Plan B. Ale największym przebojem był powrót Sistars, które się zagranicznych gwiazd nie przestraszyły, tak jak publiczność nie przestraszyła się niedrogich biletów, za które dostała imprezę na wysokim poziomie.

To będzie

Heineken Open’er Festival  po Warszawie są dwa tygodnie na podreperowanie sił i gromadzenie funduszy. Na ostatnie wejściówki można zarobić zbierając truskawki. Open’er to jeden z najlepszych europejskich festiwali muzycznych. W kategorii “najlepszy duży Festiwal” wyprzedza Glastonbury i Roskilde Festival. Nie zdaniem Mikołaja Ziółkowskiego, ale brytyjskich dziennikarzy i europejskiej festiwalowej publiczności. Zewsząd sypią się nagrody i pochwały, a każdy ~ słuchacz i liczący się artysta, wcześniej czy później na festiwalu muszą się pojawić. To później nadeszło w tym roku ~ na jubileuszowej 10 edycji gdyńskiej imprezy wystąpią nie widziani do tej pory w Polsce: Prince, Coldplay, Pulp czy The Strokes. Od 30 czerwca do 3 lipca Gdynia będzie festiwalową stolicą Europy, a symbolem naszego kraju jest już nie tylko wąsaty elektryk i Jan Paweł II, ale festiwal z zielonym logo, na który zjeżdżają ludzie z całego świata.

Seven Festival Music & More  z Gdyni albo do Węgorzewa, albo do Poznania. Tych, którzy postawią na tę pierwszą opcję, czeka kilkudniowe święto polskiej muzyki rockowej. Od 7 do 10 lipca będzie można usłyszeć na żywo tych, którzy nigdy nie grali w “Dzień dobry TVN”, czyli m.in. Tryp, L.Stadt i D4D. Będą też mroczni Portugalczycy z Moonspell, metalowi Szwajcarzy z Samael i hardcore’owi Amerykanie z Pro-Pain. Poza tym śmietanka zespołów uświetniających większość polskich juwenaliów [Strachy na Lachy czy Kult ~ jedyny festiwalowy koncert tego lata].

Malta Festival Poznań 2011 wracając z Gdyni należy zatrzymać się w Poznaniu. Nie tylko na marcińskiego rogala, który jednak przez kilka dni festiwalu może być podstawowym składnikiem menu festiwalowicza. Choć festiwal to sztuk wszelakich, miłośnicy dobrej nuty znajdą coś dla siebie. Nieodłączną częścią poznańskiej imprezy są od 5 lat dobre koncerty. W tym roku ~ szóstego lipca zagrają Portishead i brodacze z Flet Foxes. Ale też Manu Chao i Architecture In Helsinki. Czyli dogrywka po Open’erze.

Festiwal w Jarocinie – z Poznania do Jarocina blisko. A tam, od 2006 roku, organizatorzy próbując wskrzesić festiwalową legendę lat 80. Chociaż Jarocin z punkowym buntem ma współcześnie niewiele wspólnego, jest jednym z najpopularniejszych polskich festiwali, rokrocznie bijącym frekwencyjne rekordy ~ głównie dzięki zagranicznym gościom. W tym roku od 15 do 17 lipca na jarocińskiej scenie staną między innymi Bad Religion, Apocalyptica i ~ kolejny raz ~ The Subways. Będą próbowali przywołać rockowego ducha z przeszłości, kiedy to połowę festiwalowej publiki stanowiła milicja.

Pozytywne Wibracje Festival  22 i 23 lipca Białystok będzie najbardziej przyjaznym miastem Polski. Piękniejszy niż Paryż, lepiej zarządzający funduszami niż Londyn. Festiwal inspirowany składanką “Pozytywne wibracje” znalazł swoje miejsce w stolicy Podlasia. Przyjemne dźwięki zapewnią w tym roku De Phazz, Raphael Saadiq i największa gwiazda imprezy ~ Seal. Miejmy nadzieję, że przyjedzie z żoną. Kononowicz w odwrocie. Zamiast niczego jest ciekawy festiwal, który ukołysze wszystkie bębenki skołatane Jarocinem.

Artpop Festiwal Złote Przeboje – Bydgoszcz długo szukała formuły dla swojej imprezy. Był kameralny Low-fi Festival, później dwie edycje Smooth Festivalu, a w tym roku jednodniowa, ale doszczętnie wypełniona popowymi gwiazdami zabawa. Już wiadomo, że 30 lipca w mieście, którego nazwy nawet na trzeźwo nie potrafiłaby wymówić, nie pojawi się Amy Winehouse. Artystka po raz kolejny postanowiła zniszczyć swoją młodą karierę. Pojawi się za to córka Stinga ~ urocza I Blame Coco, zespół znany kiedyś jako alternatywny ~ Razorlight, oraz Hooverphonic. Polskę reprezentować będą m.in. Monika Brodka, Ania Dąbrowska i Skinny Patrini.

Przystanek Woodstock – co roku gromadzi olbrzymie ilości młodzieży. Jeśli jednak ktoś przez kilka dni nie wychodzi z namiotu, wiele traci. W tym roku na początku sierpnia w Kostrzyniu nad Odrą zagra zespół Prodigy i kilkanaście innych, które będę umilały czas tym, którzy jadą na Woodstock zbierać puszki. Wjazd za darmo. Kąpiele błotne również oraz mnóstwo atrakcji jak co roku…

OFF Festival – trochę się pokrywa z imprezą Owsiaka, no ale to przecież zupełnie inne publiczności. Wysmakowana, poszukująca, wcale nie zblazowana, od taniego wina woląca Martini. OFF to cudowne dziecko Artura Rojka. Wokalista Myslovitz zaprasza zespoły, które lubi, i które nie mogłyby zagrać na Open’erze, bo Mikołaj Ziółkowski ich nie lubi. Od 5 do 7 sierpnia każdy fan alternatywnej muzyki będzie w Katowicach, do których rok temu impreza się przeniosła z Mysłowic. OFF to już europejska marka, goszcząca u siebie same gorące nazwy: pierwszego dnia ~ Mogwai i Warpaint, drugiego ~ Blonde Redhead i Xiu Xiu, trzeciego ~ Anna Calvi i Liars. A to tylko ułamek. Nie jesteś prawdziwym snobem, jeśli cię tam nie będzie. Najlepsza muzyka za najniższą cenę. “Open’er dla uduchowionych”.

Coke Live Music Festival – muzyczne wakacje mogą skończyć się tam, gdzie się rozpoczęły ~ w Krakowie. 19 sierpnia zaczyna się dwudniowa impreza, na której obok widzianych w większości polskich wsi zespołów The Editors i White Lies, zagrają Interpol, The Kooks i Kanye West. A będzie ich jeszcze więcej. Coke to mały Open’er, ale gwiazdy zawsze duże. Tegoroczna edycja jest już szósta, i zapewne nie ostatnia. Festiwalowo ~ Kraków rządzi!

Tauron Nowa Muzyka – najlepszy Mały Festiwal. W postindustrialnej atmosferze katowickiej kopalni grają giganci ambientu. Pod koniec sierpnia będzie można usłyszeć Lamb czy Amona Tobina. Awangarda muzycznego świata będzie drążyła serduszka już 6 rok z rzędu. Tylko na tym festiwalu można było usłyszeć Fever Ray czy Autechre. Pod względem jakości – Katowice ścigają się z Krakowem. Piękne przywitanie jesieni. Ale gdyby komuś było mało i nie miał akurat sesji poprawkowej, może się wybrać jeszcze na festiwal Sacrum Profanum. Tydzień snobizmu, oczywiście w Krakowie. Równowaga dla rockowych rozrabiaków. Chociaż Johny Greenwood, Aphex Twin i Leszek Możdżer mogą zrobić większą rozróbę, niż jaka może będzie w Jarocinie. Dobrej zabawy! Bartosz Sadulski/onet.pl [korekta tekstu, szata graficzna, linki oraz zdjęcia ~b69s]

BON IVER – “Bon Iver”.

Nagrane w głuszy północnego Wisconsin “For Emma, Forever Ago” zapewniła Justinowi Vernonowi status nowej gwiazdy amerykańskiego folku. Po trzech latach Bon Iver [klikając na okładkę płyty po lewej stronie, zapoznaj się z oficjalną stroną artysty - przyp.~b69s] mierzy się z nim już jako kolega Kanye Westa i artysta, o którego upomniał się mainstream.

“Ci, którzy zastanawiali się, co mógł wymyślić po »For Emma, Forever Ago« nie muszą się dłużej przejmować. Bon Iver wyszedł z lasu i widok jest piękny” – zachwyca się redaktor magazynu “Q”. A ja czytając setki podobnie entuzjastycznych recenzji czuję się, jak ten gość, który krzyczał “Judasz!” do Boba Dylana chwytającego za gitarę elektryczną. Justin po wyjściu z szałasu, gdzie nie mógł raczej podłączyć syntezatora, odkrył bogatsze brzmienie, ale nie jest to wcale zmiana na plus.

Zasadniczo “Bon Iver” to album, podobnie do debiutu, naznaczony piętnem szklistej melancholii. I za pierwiastek oryginalności znów odpowiada głównie niebywała barwa głosu Vernona. Ta matowość i uduchowienie, którymi obrasta każdy wydobywający się z jego ust dźwięk zmieniają najbardziej nawet przeciętne smęcenie w fascynujący melanż białego gospel, smutno-szalonego folku i soul-country.

W związku z olbrzymimi oczekiwaniami, Bon Iver musiał wziąć sobie do serca stare porzekadło mówiące, że kto stoi w miejscu ten się cofa. Zrobił więc w mniejszym natężeniu to, na co niedawno porwał się Sufjan Stevens. Potraktował temat swojego folku wywrotowo i postanowił dopisać do niego swego rodzaju rozwinięcie. Zamienił pudło na gitarę elektryczną [w drugiej części "Calgary" [zobacz teledysk - przyp.~b69s] brzmi niczym rasowy indie rocker, sięgnął po synth-popowe zabawki i auto-tune (“Beth/Rest” to rozwinięcie formuły z EP-ki “Blood Bank”) i skorzystał na większą skalę z dobrodziejstw sekcji rytmicznej. Nie oznacza to bynajmniej, że porzucił na dobre ścieżkę folkowego eskapizmu. Jednakże nawet gdy para się standardowo rozwleczonymi kompozycjami na wolnych tempach to wplata w nie trąbkę, saksofon, orkiestracje czy pianino albo zatapia je w podróżniczych ambientach i niby-post-rockowym ekspresjonizmie. Jest to wszystko na pewno bardziej sterylne, zdecydowane i głośniejsze niż kiedyś, choć Justinowi nadal zdarza się mówić szeptem. “Bon Iver” wygląda więc na próbę popkulturowej transfuzji krwi dla indie folku i alt-country.

Cel to niewątpliwie szczytny, a i przyklasnąć można szczególnie, że na “Bon Iver” kilka razy udaje się to zrealizować. Vernon czyni to jednak głównie mając za oręż niebanalny głos, charyzmę i realizatorską wyobraźnię. Naprawdę niewielu może się z nim równać w wyciąganiu za uszy niespecjalnie imponującego materiału. Kreowanie atmosfery na piątkę z plusem, ale błysku w piosenkach to tu za wiele nie ma, panie Vernon. Longplay ten zaskakuje równie często, co układa do snu, więc na przyszłość prosimy mniej Enyi i Stinga, a więcej szamanizmu.- Marek Fall/onet.pl [drobna korekta, oprawa graficzna, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Bon Iver – MySpace 


Andreya Triana – “Lost Where I Belong”.

Andreya Triana dała nam się poznać w 2010 roku z dobrej strony właściwie dwukrotnie. A to dlatego że to właśnie jej głos możemy usłyszeć na krążku Bonobo “Black Sands”. Wielu twierdzi, że to właśnie dzięki czarującemu wokalowi Triany, płyta zawdzięcza tak duży sukces komercyjny; wokalistka jest prawdziwą ozdobą kolejnego wydawnictwa znanego DJa. Nic więc dziwnego, że zapowiedź wydania jej własnego, autorskiego zestawu piosenek [napisała je w zdecydowanej większości wspólnie z Bonobo], wzbudziła ogromne zainteresowanie u wielu fanów. I słusznie.

Artystka ponownie sprawia, że nie możemy oprzeć się urokowi kompozycji, które nam zaproponowała w sierpniu ubiegłego roku. Choć Lost Where I Belong to zaproszenie do świata dźwięków zupełnie innych niż te, które znamy z “Black Sands”. Zafascynowana dokonaniami klasyków soulu, takich jak: Chaka Khan czy Danny Hathaway, postanowiła zwrócić się ku tej, ukochanej stylistyce i w ten sposób wyrazić swoje emocje.

“Lost Where I Belong” to 9 kompozycji – w większości spokojnych, melancholijnych, nastrojowych, momentami wzruszających. Stop! Zwolnij, zatrzymaj się, skup, wsłuchaj się – zdaje się sugerować nam Andreya! Większość utworów ma balladowy charakter. Artystka wykorzystuje skromne, akustyczne instrumentarium. W ten sposób na plan pierwszy wybija się jej wokal – czysty, ciekawie zróżnicowany. Tu nie mam miejsca na produkcyjne tricki – barwa głosu Andrei ukazuje się w całej swojej okazałości. W jej kompozycjach dominuje gitara – czasami elektryczna, niekiedy akustyczna – zawsze subtelnie brzmiąca. Do tego, od czasu do czasu, sekcja smyczkowa, dęciaki, urocze chórki. Już po pierwszym przesłuchaniu albumu, zakochacie się w tym nieco mrocznym, tajemniczym a zarazem bardzo pięknym melodyjnym świecie. Takich muzycznych “zakochań” i odkryć znajdziecie na tej płycie z pewnością o wiele więcej. Warto tej płyty posłuchać – Serdecznie polecam! źródło/radioRAM.pl [drobna korekta tekstu, układ graficzny, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.