~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Najnowsze

Archive – „Restriction”.

Archive-RestrictionW przypadku niemal każdej płyty Archive trudno uniknąć wrażenia, że zespół uwielbia budować kompozycje wokół patetycznego klimatu. Od ponad dwudziestu lat robi to ze smakiem, zatem także na “Restriction” nie należało się spodziewać rewolucji.

Zawiodą się ci, którzy mieli nadzieję na powrót do długich, powolnie budowanych utworów a’la szesnastominutowy “Again” z płyty “You All Look the Same to Me”. Na krążku znalazło się dwanaście, doskonale dopracowanych kompozycji. Spora w tym zasługa Jerome’a Devoise’a, który wykonał znakomitą pracę produkcyjną. Płyta jest spójna, co warte podkreślenia, biorąc pod uwagę nagromadzenie różnych wrażliwości (cztery wokale robią swoje), emocji i monumentalnej elektroniki.

Zaczyna się nietypowo, od gitarowego singla “Feel It”, którego nie powstydziłyby się młode, garażowe kapele. Pod dwójką znajdziemy tytułowy “Restriction” z solidną dawką zapętlonej elektroniki. Muzycy Archive od lat łączą trip hop, elektronikę właśnie i post-rock. Wychodzi im to całkiem nieźle, a na nowej płycie próbują dodać jeszcze jeden element, a mianowicie piosenkowość. O tę część dbają wokalistki. W mocno elektronicznym “Kid Corner” po raz pierwszy, bardziej jako dodatek, pojawia się wokal Holly Martin. Za to prawdziwą perełką jest  kolejny utwór – “End of Our Days”, w którym nieco zmieniają się proporcje i to subtelny głos Holly staje się dominujący. Melancholijny klimat towarzyszy nam także w “Third Quarter Storm”. Interesująco brzmi “Half Built Houses” z kolejnym intrygującym wokalem, tym razem Marii Q, wzbogaconym o instrumenty klawiszowe.

Od “Ride In Squares” ponownie przechodzimy do elektroniczno-rockowych, zapętlonych kompozycji, by za chwilę za sprawą archivesingla “Black and Blue” wrócić do ballad opartych na wokalu Holly. Im bliżej końca, tym bardziej niepokojąco. Najlepszym zwieńczeniem albumu i ukłonem w stronę fanów ciągnących się aranżacyjnie kompozycji jest “Greater Goodbye”.

Dziesiąty krążek Archive trudno potraktować jako podsumowanie. Mimo pokaźnego dorobku płytowego, setek koncertów i innych doświadczeń, którymi można obdzielić niejeden zespół, Brytyjczycy wciąż poszukują. Wymykają się powszechnym teoriom o rutynie, która rzekomo idzie w parze z długowiecznością. Tu o niej nie może być mowy, Archive nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Autor: Tomasz Błaszkiewicz źródło: uwolnijmuzyke [linki oraz zdjęcia z zasobów internetowych ~b69s]

Mark Knopfler – „Tracker”.

Official Website

Były lider Dire Straits, jednego z najpopular­niejszych zespołów w historii, od dawna powtarza, że nie zależy mu na karierze i wszystkim, co się z nią wiąże. Mimo biadolenia fanów rozwiązał grupę i bez­powrotnie odrzucił jej szyld, bo skala jej popularności zmęczyła go. Mógł sobie oczywiście na to pozwolić, bo także jako solista odnosi sukcesy, koncertuje i nagrywa z powodzeniem. Trzeba jednak przyznać, że nie ulega żadnym komercyjnym pokusom – dzieli się z nami muzyką, jaka gra mu w duszy, silnie nasyconą folkowym pierwiastkiem, chociaż mógłby nieznacznie przearan­żować swoje piosenki i z powodzeniem przekształcić je w direstraitsowe hity. Szczera, prawdziwa jest też jego nowa płyta, chociaż direstraitsowe klimaty się na niej pojawiają. Trudno jednak oczekiwać, by unikał wszyst­kiego, co się ze stylem zespołu kojarzy, by odciął się od swojej dawniejszej muzyki, by zaczął śpiewać innym głosem i zmienił brzmienie gitary.

Najwięcej direstraitsowego grania jest tu w utworze Beryl, który całość promuje, skocznym, trochę w duchu bezpretensjonalnych piosenek Walk Of Life czy Twisting By The Pool, z charakterystycznymi, rockowymi zagrywkami gitary oraz równie charakterystycznymi dźwiękami klawiszy Guya Fletchera, który też się przecież ze słynnego zespołu wywodzi. Rzecz to nie całkiem reprezentatywna dla albumu, który więcej aż tak jFeatured imageednoznacznie direstraitsowych kompozycji nie zawiera, a samą okładką daje nam odczuć, że żadnych komercyjnych ukłonów się nie nim spodziewać nie możemy. Knopfler został bowiem sfotografowany z da­leka i to tyłem – nie przypominam sobie, by jakikolwiek artysta zrobił wcześniej taki numer, trochę może nawet dla nabywcy obraźliwy, chociaż czy w czasach mniej lub bardziej bulwersujących i szokujących okładek pun­kowców i metalowców coś nas jeszcze może obrazić?

Beryl to piosenka o pisarce, na co warto zwrócić uwa­gę, ponieważ literacki charakter twórczości Knopflera to coś, co zawsze zdecydowanie ją wyróżniało. Zmarła kilka lat temu Beryl Bainbridge, jedna z największych postaci we współczesnej literaturze angielskiej, dopiero po śmierci doczekała się prestiżowej nagrody Booker Prize, o czym Knopfler śpiewa z sarkazmem, ale i gory­czą. Na marginesie dodajmy, że w Polsce wydano tylko jedną powieść Bainbridge, Każdy troszczy się o siebie, a i to pewnie nie ze względu na jej wartość artystyczną lecz temat – rzecz rozgrywa się na pokładzie Titanica i można było liczyć na to, że książkę uda się wcisnąć wielbicielom filmu Jamesa Camerona.

Knopfler przywołuje na płycie jeszcze jedną postać ze świata literatury, wielkiego poetę Basila Buntinga, z którym zetknFeatured imageął się w czasach, gdy pracował w redakcji „Newcastle Evening Chronicle”. W subtelnej, przejmu­jącej balladzie Basil mamy więc wątek osobisty, ważny na tej płycie, motywy autobiograficzne pojawiają się bowiem także w kilku innych piosenkach i sprawiają, że całość ujmuje konfesyjną aurą. Najlepszy przykład to utwór Laughs And Jokes And Drinks And Smokes, autor wraca w nim do początków swojej kariery i śpiewa o cza­sach, kiedy był młody, tak młody i zawsze bez kasy. Rzecz jest niezwykle ciekawa muzycznie, dobrze bowiem po­kazuje eklektyzm Knopflera, zafascynowanego folkiem, ale potrafiącego urozmaicać swoją muzykę elemen­tami różnych gatunków i stylów. Tu celtycką śpiewkę ożywiają z jednej strony jazzujący rytm i jazzująca partia organów, z drugiej zaś rockowe dźwięki gitary.

Akcentów autobiograficznych można się też doszukiwać w piosence River Towns, autor urodził się przecież w Glasgow, położonym nad rzeką Clyde, a dorastał w Newcastle, mieście ulokowanym u ujścia rzeki Tyne. Niespiesznie się rozwijająca ballada została bardzo pomysłowo opracowana: główną rolę gra tu saksofon Nigela Hitchcocka, zawodzący i pomrukujący niczym syreny statków, które Knopfler często pewnie słyszał w młodych latach. Nie gitara ale saksofon, choć gitara jest oczywiście na płycie wszechobecna, zazwyczaj jednak delikatna, lekka, nie narzucająca się. Dominują bowiem, rzecz jasna, balladowe klimaty, jak w lirycznym, przesyconym celtycką aurą Mighty Man, bardziej chwytliwych i w tym sensie trochę direstraitso­wych Long Cool Girl i Silver Eagle, przepięknym, trochę dylanowskim Lights Of Taormina (przywołującym obraz sycylijskiego miasteczka, które pamięta czasy starożyt­ne) czy zaśpiewanym w duecie z kanadyjską wokalistką folkową Ruth Moody (udzielającą się też w kilku innych nagraniach), nostalgicznym Wherever I Go.Featured image

Ale nie tylko takie nastroje znaleźć można na Tra­cking, bo na przykład Skydiver ma w sobie coś z ducha twórczości The Beatles. Największym zaskoczeniem jest zaś Broken Bones, niemal disco, ale bliższe Another Brick In The Wall Part 2 Pink Floyd niż, powiedzmy, przebojom Donny Summer, z partią gitary zagraną z wah wah (i ze świetnym tekstem, który zaczyna się od słów: Ona lubi poturbowanych facetów. Szczęściarz ze mnie…).

Płyta nagrana została w dużej mierze na żywo, co przesądziło o jej spontanicznej, naturalnej atmosferze. A jednak powstawała długo, prawie rok, może dlatego, że Knopfler miesiącami dobiera piosenki, odrzuca jedne, dodaje inne, tak by powstała jak najwspanialsza całość. Także tym razem się udało.

Autor: Wiesław Weiss / terazrock.pl [linki oraz zdjęcia z zasobów internetowych / opracowanie graficzne ~b69s]

Sixto Rodriguez

Featured image

Official Website

Sixto Díaz Rodríguez znany również jako Rodriguez lub Jesús Rodríguez (ur. 10 lipca 1942 r., w Detroit w stanie Michigan w USA) – amerykański wokalista i gitarzysta z pogranicza rocka i folku, aktywista polityczny.

Urodził się w jednej z biednych dzielnic Detroit, w rodzinie robotniczej pochodzenia meksykańskiego. Jego rodzice przybyli do USA w 1920 r. Był szóstym dzieckiem w rodzinie.

W 1967 r., nagrał pierwszy singiel I’ll Slip Away pod pseudonimem Rod Riguez, ale płyta przeszła bez jakiegokolwiek oddźwięku. Występował w klubach nocnych Detroit i to właśnie podczas jednego z występów został zauważony przez producentów dzięki czemu podpisał kontrakt z wytwórnią Sussex Records. Nakładem tej wytwórni ukazały się dwa jego albumy Cold Fact w 1970 i Coming from Reality w 1971 r. Niestety obie płyty nie spotkały się z jakimkolwiek zainteresowaniem i zostały sprzedane w zaledwie kilku egzemplarzach w Ameryce, w związku z czym wytwórnia zerwała współpracę z artystą.

W związku z brakiem zainteresowania jego twórczością, Rodríguez przerwał działalność muzyczną i poświęcił się pracy zarobkowej, wykonując różnego rodzaju prace fizyczne np. przy remontach czy Featured imagerozbiórkach domów, żyjąc przez wiele lat na granicy ubóstwa. W 1989 r. bez powodzenia kandydował do rady miejskiej Detroit.

Po 25 latach od wydania Cold Fact dowiedział się, że w RPA jest najpopularniejszym artystą i, że sprzedało się ponad pół miliona jego płyt. Niestety nie on na nich zarobił.

W 2012 r., podczas Sundance Film Festival, premierę miał brytyjsko-szwedzki film „Searching for Sugar Man” poświęcony twórczości Rodrígueza i fenomenowi jego popularności w Republice Południowej Afryki.
Film ten zdobył Oscara w 2013 roku w kategorii najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny.

Po bezprecedensowym sukcesie filmu dokumentalnego przedstawiającego jego osobę artysta rozpoczął trasę koncertową, którą jednak musiał przerwać z powodu złego stanu zdrowia. Odwołane zostały koncerty, które miały odbyć się 25 maja 2013 w Barcelonie oraz 31 maja 2013 w Póvoa de Varzim nieopodal Porto. Rodriguez cierpi na jaskrę.

Mimo choroby oczu Rodriguez obecnie koncertuje po Europie i Stanach Zjednoczonych.

źródło: last.fm / linki oraz zdjęcia z zasobów internetowych [edycja tekstu ~b69s] 

Featured image

Bryan Adams w Gdańsku/Sopocie: „Słodko – gorzki wieczór”.

Official Website

   W sobotę (28 marca) wieczorem w hali Ergo Arena na granicy Gdańska i Sopotu wystąpił Bryan Adams w ramach światowej trasy koncertowej z okazji 30. rocznicy wydania płyty „Reckless”. Kanadyjski rockman ostatni raz gościł w Polsce nad morzem w 2000 r. jako gwiazda sopockiego festiwalu w Operze Leśnej.

W 1996 r. Bryan Adams w wywiadzie dla miesięcznika „Tylko Rock” powiedział: „Jestem piosenkarzem. Wiesz, na czym polega moja praca? Na uszczęśliwianiu ludzi”. Trzeba przyznać, że to swoiste artystyczne i życiowe credo Kanadyjczyka potwierdziło się w pełni w sobotni wieczór w Ergo Arenie. Trwający 2 godziny i 15 minut koncert udowodnił też, że dobre, rockowe hity nigdy się nie starzeją. Zgromadzona w hali publiczność nie mogła narzekać na brak emocji i wzruszeń.

„Ten koncert będzie słodki, bo celebrować będziemy nagraną 30 lat temu płytę „Reckless”, ale też i słodko-gorzki ponieważ to już ostatni koncert na tej trasie w Europie” – powiedział na powitanie do zgromadzonych fanów muzyk.

Przy kilku melodyjnych balladach hala migotała mnóstwem światełek telefonów komórkowych, a wiele osFeatured imageób podnosiło w górę wycięte z papieru białe i czerwone serca. Publiczność chętnie też śpiewała z Adamsem wykonywane ze sceny przeboje. „To jak to robicie jest naprawdę magiczne. Wasz śpiew nakręca mnie i sprawia, że chcę ciągle dalej tworzyć”  – komplementował widzów muzyk.

Na bis Adams zagrał aż sześć utworów, w tym dwa z czteroosobowym zespołem, a pozostałe cztery solo tylko z gitarą akustyczną. Wśród piosenek na bis były m.in. Straight From The Heart, „She Knows Me” i megahit All For Love z filmu „Trzej Muszkieterowie” wykonywany przed laty wspólnie z Rodem Stewartem i Stingiem. „Byliście wspaniali” – powiedział Adams do widzów schodząc ostatecznie ze sceny.

Występ Adamsa w Ergo Arena był kolejnym etapem jego międzynarodowej trasy koncertowej świętującej 30-lecie nagrania, pełnej przebojów, płyty „Reckless”. Album ukazał się 5 listopada 1984 r. (reedycja w listopadzie 2014 r.) na 25. urodziny muzyka. Płytę zrealizowano w studio w Nowym Jorku. „Strzałem w dziesiątkę” okazało się zaproszenie do udziału w nagraniu utworu It’s Only Love Tiny Turner. Z płyty „Reckless” pochodziło aż sześć singli m.in. Run To You, „Somebody”, „Summer Of ’69”, które stały się wielkimi przebojami w Kanadzie, USA i wielu innych krajach. Album sprzedał się w nakładzie ośmiu milionów egzemplarzy.

Co ciekawe, Adams nie spodziewał się takiej popularności płyty. Według Wiesława Weissa, autora „Wielka Encyklopedia Rocka” (2000), muzyk nie był do zadowolony z efektów swojej pracy. Krytycznie oceniał niektóre kompozycje jak np. „Run To You”, napisaną pieFeatured imagerwotnie dla grupy Blue Oyster Cult i przez jej członków odrzuconą, czy Heaven nagraną wcześniej do filmu „A Night In Heaven” i wówczas niezauważoną. Tytułowy utwór „Reckless” ostatecznie nie pojawił się na krążku – z innym tekstem jako „Dangerous” został nagrany przez kapelę Loverboy. Adams cenił jedynie utwór Summer Of ’69 jako osobiste wspomnienie roku, w którym człowiek wylądował na Księżycu, doszło do rozwiązania Beatlesów oraz odbył się festiwal Woodstock. Praca nad płytą „Reckless” okazała się też być ważna dla życia osobistego artysty. W trakcie realizacji nad wideoklipem do „Run To You” Adams poznał stylistkę i projektantkę mody Vicki Russell (córkę znanego reżysera Kena Russella), a ich związek przetrwał siedem lat.

Sobotni występ Adamsa w hali na granicy Gdańska i Sopotu był jego szóstym koncertem w naszym kraju. Po raz pierwszy zaprezentował swe umiejętności przed polskimi widzami w 1996 r. w katowickim Spodku. Cztery lata później zagrał i zaśpiewał w Operze Leśnej w Sopocie. Kolejny koncert odbył się w 2011 r. w Rybniku, a rok później w Poznaniu. Ostatni raz AdaFeatured imagems wystąpił w Kraków Arenie w grudniu 2014 r. Dzień przed koncertem w Ergo Arenie kanadyjski artysta wystąpił w Kownie na Litwie. Od 11 kwietnia Adams wraca na „Reckless 30th Anniversary Tour” koncertami w USA, zagra m.in. w Houston, Dallas, St. Louis i Las Vegas.

Bryan Adams to jeden z najpopularniejszych wykonawców pop-rockowych na świecie ostatnich dekad. W swojej dotychczasowej karierze sprzedał ponad 65 milionów płyt. Koncertował na sześciu kontynentach, a jego piosenki osiągały szczyty list przebojów w ponad 40 krajach. Jego singel Everything I Do I Do It For You pochodzący z albumu „Waking Up The Neighbours” (1991) zdobył nagrodę Grammy i został wykorzystany w filmie „Robin Hood: Książę Złodziei”. Piosenka ta była w 1991 i 1992 roku numerem jeden na listach przebojów w 20 krajach i jest najbardziej znanym filmowym hitem Adamsa.

źródło: INTERIA.PL [linki oraz zdjęcia z zasobów internetowych] Szata graficzna ~b69s

Siskiyou ~ “Nervous”.

Official Wesite

Jak w wyrafinowany sposób można zrobić na złość wszystkim radykalnym minimalistom? Stworzyć przeładowany pomysłami album, który będą musieli polubić. Misji tej, choć niezamierzenie, podjął się kanadyjski zespół Siskiyou wydając 20 stycznia swoją najnowszą płytę, “Nervous”. Odrzucając hołdowane przez propagatorów minimalistycznego nurtu hasło “less is more” Colin Huebert i Erik Arnesen postawili przede wszystkim na różnorodność. I chociaż uwiecznianie na jednym albumie zbyt wielu odbiegających od siebie stylistycznie idei kończy się zazwyczaj nieuchronnym fiaskiem, w przypadku płyty “Nervous” patent ten zdaje egzamin. Chcę, aby ludzie wzięli z niego to, co chcą – mówi o wydawnictwie Huebert, i być może za tym prostym stwierdzeniem kryje się zagadka owego bogactwa formy.

Przyjęta przez zespół konwencja daje o sobie znać tuż po wciśnięciu play. Wydawnictwo otwiera utwór “Deserter” – enigmatyczna kompozycja, w której chóry dziecięce przeplatają się z pulsującą linią basu, szarpanie gitarowych strun urywa się w najmniej oczekiwanych momentach a tu i ówdzie słychać delikatne brzmienie pianina i wykonane na saksofonie solo. Jeśli komuś w dalszym ciągu doskwierałby brak urozmaiconych wrażeń, powinien zadowolić go dobór materiału na płytę. Znajdziemy tu bowiem między innymi utrzymany w nieco synth-popowej stylistyce utwór “Wasted Genius”, radosny  “Oval Window”, zdominowaną przez fortepian kompozycję “FallFeatured imageing Down the Stairs” czy też “Bank Accounts and Dollar Bills (Give Peace a Chance)” – spokojną, nostalgiczną balladę, w której od czasu do czasu pobrzmiewają echa twórczości Mazzy Star. Muzycznych inspiracji doszukać się można również w fenomenalnym “Jesus in the 70’s” – mrocznym kawałku, którego główny trzon tworzą złowieszcze szepty i motywy brzmieniowo przypominające The Cure, zwieńczenie stanowi natomiast rozkoszna furia gitar. W rewelacyjnym “Violent Motion Pictures” można znaleźć z kolei odniesienia do kultowego zespołu We Fell to Earth, specjalizującego się w niezwykle depresyjnych kompozycjach. Wszechobecny w utworze transcendencyjny klimat, świergot gitarowych riffów, leniwe mini solówki i interesujące przejścia o zróżnicowanym natężeniu składają się na cudowne sześć i pół minuty dobrego grania.

Następca “Siskiyou”(2010) i “Keep Away the Dead” (2011) to dzieło introwertyczne, a zarazem fascynująco bipolarne. W jednej chwili zanurzamy się w słodkim błogostanie, w Featured imagenastępnej udziela nam się ukryty w melodiach niepokój, kilka sekund później nieoczekiwanie zaczynamy doświadczać uczucia rozpalającej się nadziei. Na “Nervous” w równym stopniu usłyszymy inspiracje folkiem i dream-popem, darkwave i mroczniejszymi klimatami. Całość – w połączeniu z niezwykle poetycką warstwą liryczną oraz charyzmatycznymi wokalami – składa się na unikalny, wymykający się wszelkim klasyfikacjom styl Siskiyou.

Autor: Dorota Szubska / uwolnijmuzyke.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Agnes Obel~Avenue

Agnes Obel and song „Avenue”. Artwork by ~b69s  agnesobel.com

 

„What is wrong at the end of the day
What is really wrong no one dares to say
You know you’re wrong when there’s only one right
but what is wrong when right is out of sight

Right rode away long ago
Before rescuing wrong from below
I might be mistaken I know we need to be somewhat

Foolish, feebleminded, wrong and senseless
Right rod off long ago,
there’s nothing more you need to know
there’s nothing more you need to show
Let us disagree, cause wrong was made for you to be

What is false when we can’t hear no more
And there is nothing to cover for
What is wrong in this old wasted game
May right and wrong be one and the same

Right rode away long ago
Before rescuing wrong from below
I might be mistaken I know we need to be somewhat

Foolish, feebleminded, wrong and senseless
Right rod off long ago,
there’s nothing more you need to know
there’s nothing more you need to show
Let us disagree, cause wrong was made for you to be..”

Kurt Vile – “Walking On a Pretty Daze”.

Płyta “Walking On a Pretty Daze” jest stylistyczną kontynuacją poprzednich wydawnictw Vile’a. Taką młodszą siostrą. O tyle, że bardziej nieśmiałą i wycofaną, która na pozór ma o wiele mniej do zaoferowania.

Słowo “daze” po angielsku oznacza senność, oszołomienie. I rzeczywiście połączenie przytłumionego, lekko zmęczonego głosu Vile’a oddaje świetnie to uczucie. Tak, jak w jednym z tych snów, kiedy starasz się uciec przed zagrożeniem, ale nogi jak z waty i ogólna bezwładność uniemożliwiają jakikolwiek ruch. Tak i tutaj z dźwięków przebija się rozleniwienie, a nawet delikatne zmęczenie.

Twórczość Vile’a jest ogólnie mało przystępna po pierwszym przesłuchaniu. Nie nęci łatwo wpadającymi w ucho melodiami. Trzeba dać jej czas, posłuchać uważnie i mieć odpowiedni nastrój na melancholię. Nowy album wygeneruje pewnie jeszcze mniej “przebojów”. Szczególnie, że większość utworów to długie, złożone wariacje riffów i akordów. Najbardziej chwytliwe utwory to „Never Run Away” oraz pogodne “Walking On a Pretty Daze” z lekko countrową nutą. Mimo iż utwór trwa dobre dziewięć minut, mknie lekko i szybko. Vile bawi się riffami i buduje skomplikowane polifoniczne partie na kilka gitar, które sprawiają mylne wrażenie prostych i wręcz łatwych do zagrania. Na koniec energiczne dzwonki przypominające stado kóz, które biegnie na spotkanie z kolejną pozycją na płycie, elektrycznym “KV Crimes”. I tutaj znowu, mimo żywiołowych obietnic, głos Vile’a spowalnia rytm, a tytułowa senność uderza do głowy. Utworem o szczególnym pięknie i walorach artystycznych jest ‘Pure Pain”. Zaczyna się od szybkich, metalicznych akordów, po których następuje ciepłe arpeggio, płynące niczym spokojna rzeka. Dwa motywy przeplatają się kilkakrotnie, tworząc mieszankę nastrojów, które mimo kontrastu, pasują do siebie. Im dalej w las, tym można napotkać kilka kawałków, które przechodzą niezauważone i pozostają obojętnym. Vile zdradził, że tym razem chciał nagrać pogodniejszą płytę. W pewien sposób udało mu się osiągnąć cel, ponieważ wiele utworów na “Walking On…” jest wręcz słoneczna. Jednak jego głos i charakter bardziej sprawdzają się w melancholijnym, a nawet szorstkim materiale, którego tutaj trochę zabrakło.

Na nowej płycie Vile nie wnosi wielkich zmian do swojego repertuaru. Jednak jego wirtuozeria i gra na gitarze są nadal godne podziwu. O ile nowa płyta, młodsza i bardziej ospała siostra „Smoke Ring For My Halo” jest bardziej mrukliwa i mniej porywająca, po bliższym poznaniu również pokazuje swój niepowtarzalny charakter i bogatą osobowość.- Autor: Weronika Makowska (um.pl), linki oraz zdjęcia ~ b69s

Nick Cave & the Bad Seeds – “Push the Sky Away”.

 

Nick Cave & the Bad SeedsMinęło pięć lat od czasu, gdy Nick Cave & the Bad Seeds wydali album “Dig, Lazarus, Dig!!!”. Przez ten okres charyzmatyczny Australijczyk wydał drugi krążek z formacją Grinderman, pisał scenariusze, wspólnie z Warrenem Ellisem tworzył muzykę filmową, a także wydał książkę. W końcu nadszedł czas, aby ponownie skrzyżować muzyczne ścieżki z kolegami z The Bad Seeds. Panowie zaszyli się w XIX-wiecznym pałacu na południu Francji i stworzyli tam piętnasty album w karierze – “Push the Sky Away”.

Płytę rozpoczyna „We No Who U R”– piękna ballada ze świetnym refrenem, którą trafnie wyznaczono na pierwszy singiel. “Water’s Edge”, podobnie jak “We Real Cool” nasycone są niepokojącym, wręcz nerwowym nastrojem. Klimat buduje głównie pulsujący bas oraz partie smyczkowe, które w końcu jednak przechodzą w melancholijny, balladowy ton. W kompozycjach tych słychać również drobne naleciałości z prac nad ścieżkami dźwiękowymi. “Jubilee Street” oraz “Mermaids” to z kolei utwory bardziej gitarowe, jednak wciąż subtelne. Za jedyny słaby element tej płyty uznaję “Wide Lovely Eyes”, w którym powtarzający się, monotonny, jak gdyby “świerszczący” motyw jest dość irytujący.

Teksty Cave’a to jak zwykle najwyższa półka. W “Finishing Jubilee Street” opowiada o śnie, który nastąpił po napisaniu “Jubilee Street”. Z kolei w “Higgs Boson Blues” snuje bluesową opowieść o podróży do Genewy podczas, której przewijają się takie osoby jak Robert Johnson, Lucyfer, a także… Miley Cyrus jako Hanna Montana. No cóż, co prawda Cave przyznawał w wywiadach, że w procesie pisania tekstów, poza swoim notesem, posłużył się niezmierzonymi zasobami internetu, jednak zagadką dla mnie jest dlaczego znalazła się w nich postać tej młodej “gwiazdy”. Warto wspomnieć też o ostatniej tytułowej kompozycji. Ten powolny nastrojowy utwór to majstersztyk stanowiący idealne zakończenie albumu, a we fragmencie And some people say it’s just rock’n roll / Oh, but it gets you right down to your soul Cave zdecydowanie trafia w sedno.

Australijczyk bardzo chwalił swoich kolegów mówiąc, że co prawda wkraczał do studia z głową pełną pomysłów, jednak to właśnie dzięki Bad Seeds nabrały one ostatecznej formy i przekształciły się w coś cudownego. W jego słowach nie ma zbytniej przesady, bo na tej płycie praktycznie nie ma zbędnych dźwięków. Dominuje powolne tempo oraz posągowy głos Cave’a wspaniale współgrający z chwilami lekko kołyszącymi smyczkami i klawiszami.

“Push the Sky Away” to przepięknie balladowy album, bez wielkiego dramatyzmu i nadmiernego smutku. Wypowiadając się na temat najnowszego krążka Cave mówił, że na etapie, w którym istnieje się na scenie muzycznej przez tak długi okres czasu teoretycznie nie powinni nagrać już nic oryginalnego i interesującego. Stwierdził jednak, iż jest bardzo dumny z tego albumu – ma do tego pełne prawo, bo wraz z Bad Seeds nagrali fenomenalną płytę, jedną z najlepszych w karierze.-  Autor: Marek Cielak, Źródło: uwolnijmuzyke.pl

Bat For Lashes – „The Haunted Man”.

Bat For Lashes - Official WebsiteJuż na pierwszy rzut oka nowy album Bat For Lashes posiada potencjał, żeby po „Fur And Gold” i „Two Suns” stać się kolejnym sukcesem. Kiedy wsłuchać się w jego zawartość, szybko można dojść do wniosku, że ma właściwie wszystko, co w tego rodzaju muzyce niezbędne. A przynajmniej wystarczająco dużo, by uchodzić za jeden z ciekawszych krążków bieżącego roku.

Odegrany głównie na fortepianie singlowy utwór „Laura” zapowiadał wiele pięknego śpiewania i wysublimowanej, kobiecej wrażliwości samoistnie dopełniającej się z dość ascetyczną, stonowaną warstwą muzyczną. Warto nadmienić, że to kompozycja, której można słuchać wielokrotnie bez żadnego znudzenia. Co ciekawe, czarowania doskonałym, emocjonalnym głosem jest na „The Haunted Man” znacznie więcej, lecz warstwa muzyczna stanowi bardziej różnorodny i wysmakowany twór. Oczywiście płyta z balladami pokroju wspomnianego singla też miałaby swój urok, ale dostarczałaby raczej jednostronnych wrażeń. Tymczasem Natasha Khan przygotowała wydawnictwo niezbyt żywe, ale niepozbawione wahań nastrojów, balansowania między stylistykami, a nade wszystko – olśniewania delikatnością i klimatem.

Co prawda „Lilies” to kawałek przynajmniej fragmentami bardziej elektroniczny i nieco cieplejszy, niemniej nadal ledwie kołyszący i nastawiony przede wszystkim na wyeksponowanie nieskazitelnego wokalu. Za to kolejny, jeden z najlepszych punktów playlisty, „All Your Gold”, potrafi solidnie przyspieszyć, nie brakuje mu także wpadającego w ucho tekstu i melodyjności, a do tego precyzyjnie zbudowany jest z charakterystycznych dźwięków (połączono w nim m.in. gitarę, fortepian, elektronikę, harfę i smyczki). W sumie ma wszelkie predyspozycje, by być prawdziwym przebojem. Inne dobre momenty nowego krążka to na pewno przeszywający „Winter Fields” oraz migotliwy i kobiecy „Marilyn”. Jednak najważniejsze, że wśród 11 utworów nie da się wskazać numeru obniżającego wartość spójnej całości. Na dodatek wiele z kompozycji wprowadza drobne zmiany, co istotne – serwowane rozważnie, ponownie rozbudzając zainteresowanie słuchacza, jak choćby w „The Haunted Man”, gdzie uwagę zwraca marszowa perkusja oraz przyłączający się chwilami męski chór, albo folkowe otwarcie w „Winter Fields” odegrane na basowym flecie.
Bat For Lashes - Facebook
                                                                Nowe dzieło Bat For Lashes nie porywa do tańca. Nie musi tego czynić, ponieważ sprawdza się świetnie jako spokojny, choć doprawiony pulsującymi bitami, różnorodny podkład dla wybitnie utalentowanej artystki, którą absolutnie słusznie zestawia się z ikonami żeńskiego śpiewania. Całość dobrze ze sobą współgra (przy tym wskazać można co najmniej dwa ponadprzeciętne kawałki), więc płytę trzeba uznać za udaną. Mało tego, „The Haunted Man” już stanowi swoisty wzorzec, muzyczną matrycę, jak powinien wyglądać i brzmieć wyrafinowany, nowoczesny elektroniczno – instrumentalny pop. Zaznaczmy po raz kolejny – uzupełniony solidnymi tekstami, a zwłaszcza dopieszczonym śpiewem. To longplay w stu procentach potwierdzający wielki talent i muzyczną klasę Bat For Lashes – pomimo opisywanych w wywiadach problemów ze znalezieniem inspiracji, pewny krok naprzód zmysłowej Brytyjki o pakistańskich korzeniach.-  Autor: Michał Perzyna, Źródło: Esensja.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Angus Stone – „Broken Brights”.

Julia i Angus dali się poznać światu jako miłośnicy akustycznych gitar i folkowego, głębokiego brzmienia. Kontynuując zapędy muzykalnych rodziców, nagrali dwa długogrające albumy – „A Book Like This” oraz „Down The Way”. Obok wspólnej twórczości australijskie rodzeństwo realizuje się także w solowych projektach. Angus ma już na koncie bardziej bluesowy „Smoking Gun” (pod szyldem Lady Of The Sunshine), a w tym roku wydał firmowany własnym nazwiskiem „Broken Brights”. Jego oficjalny indywidualny debiut nie stanowi zaskoczenia – to pełna przejmujących i kołyszących dźwięków płyta, która pokazuje, że pop, rock i folk dają się bez problemu łączyć w przystępnych dla szerokiej publiczności kompozycjach, jeśli tylko zabiera się za to prawdziwie utalentowany muzyk.

Stone stawia oczywiście tradycyjnie na gitary, lecz nie oznacza to wcale sennej i akustycznej monotonii. Przede wszystkim w wielu momentach dochodzą do nich liczne wspomagające instrumenty: mandolina, harmonijka, tamburyn, skrzypce, fortepian, trąbka, flet i wiele innych. Na dodatek „Broken Brights” ma wyraźnie mocniejsze fragmenty: jak znakomity „Bird On The Buffalo” doładowany chwilami silną gitarą elektryczną i prowadzony dość żwawo przez miarową perkusję, jeszcze cięższy „It Was Blue” albo mroczny „Only A Woman”. Jednocześnie artysta urzeka delikatnymi, nieraz balladowymi kompozycjami – „Broken Brights”, „Apprentice Of The Rocket Man”, „The Wolf And The Butler” to tylko niektóre spośród nich. Wydaje się jednak, że najlepiej z zestawu wypadają utwory pośrednie – jakoś ujmujące delikatnością, ale optymistyczne, w pewien sposób słoneczne i niepozbawione przy tym przyjemnego i kołyszącego rytmu. Mowa choćby o „Be What You Be” oraz „Wooden Chair” (z przykuwającym uwagę gwizdanym motywem). Wspomnieć wypada również o zauważalnych celtyckich nawiązaniach czy westernowym klimacie, który sączy się z głośników podczas odsłuchu co najmniej kilka razy. Dodajmy solidny i sprawdzony przecież wokal, oraz raczej przewidywalne tematy większości piosenek i mamy naszkicowany obraz całego „Broken Brights”. Dobrego i różnorodnego krążka.- Autor: Michał Perzyna, Źródło: Esensja [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Dead Can Dance – „Anastasis”.

Żyjemy w zlaicyzowanym świecie. Ale wszyscy potrzebujemy metafizycznego dreszczu. W bezpieczny sposób dostarczał go nam niegdyś duet Dead Can Dance. Czy podobną reakcję wywołuje jego nowy album nagrany po szesnastu latach przerwy?

Lisa Gerrard i Brendan Perry byli częścią australijskiego desantu, jaki na początku lat 80. dotarł z dalekiego kontynentu do Anglii. Stanowili go prawie sami wybitni wykonawcy: choćby The Saints, The Birthday Party czy S.P.K. Dead Can Dance spóżnili się od nich jednak w znaczny sposób: choć przywoływali mroczną atmosferę, bliską ówczesnej subkulturze gotyckiej, ich muzyka była nazbyt eteryczna, aby można ją było prezentować w klubie Batcave. Nic więc dziwnego, że zainteresował się nią Ivo Watts-Russell, oferując duetowi kontrakt ze swą wytwórnią 4AD. W ciągu następnych lat Gerrard i Perry wyrośli obok Cocteau Twins na jednego z jej najważniejszych reprezentantów.

Uwolnieni od post-punkowego balastu, poszybowali na kolejnych płytach w sobie tylko wiadomym kierunku, tworząc urokliwą muzykę, pełną odwołań do różnych kultur i religii. Z czasem coś jednak zazgrzytało – i w 1998 roku duet zawiesił działalność. Perry nagrał potem dwa ciepło przyjęte solowe albumy, a Gerrard zrobiła karierę w świecie filmu, realizując soundtrack do słynnego „Gladiatora”. Niebawem zatęsknili jednak za sobą – bo już w siedem lat po rozstaniu wyruszyli w światową trasę koncertową, spełniając marzenia swych fanów o ich powrocie. Konsekwencją tych działań jest nowa płyta Dead Can Dance, opublikowana po szesnastoletniej przerwie od ostatniego krążka.

„Anastasis” nie zawodzi – choć to chyba najbardziej wyważony album w dyskografii duetu. Osiem utworów, które się na nim znalazły, zostało sprawiedliwie podzielone – cztery śpiewa Perry, cztery śpiewa Gerrard. Te pierwsze są utrzymane w tonie mrocznych ballad, rozpisanych na tęskne akordy folkowej gitary, oniryczne pasaże ambientowych syntezatorów oraz monumentalne partie orkiestrowych smyczków i dęciaków. Nad wszystkim tym góruje przejmujący wokal Perry`ego, wspierany momentami przez kobiecy chórek, spleciony zapewne z głosu Gerrard. Czasem te piosenki mają lekko psychodeliczny posmak („Children Of The Sun”), a kiedy indziej – przywołują dalekie echa nowej fali („Amnesia”), sięgają po plemienną rytmikę („Opium”) lub płyną łagodnym strumieniem o ambientowym tonie („All In Good Time”).

Lisa Gerrard zwraca się oczywiście ku bardziej etnicznym brzmieniom. Jej przeszywający głos zabarwiony zostaje bliskowschodnią melodyką – wspieraną zgrabnie przez oszczędnie dozowane akustyczne instrumenty. W tych nagraniach znacznie mniej jest elektroniki – a orkiestrowe wejścia nadają im lekko soundtrackowy posmak („Anabasis” i „Agape”). Najbardziej słyszalne jest to w kompozycji „Return Of The She-King”. Tym razem Gerrard uderza bowiem w celtyckie tony, przenosząc nas swym śpiewem w czasy średniowiecza. Ten utwór na pewno najbardziej przypadnie do gustu Tomkowi Budzyńskiemu z Armii, który od lat jest zdeklarowanym fanem Dead Can Dance.

„Anastasis” wydaje się być dokładnym odczytaniem oczekiwań fanów przez Perry`ego i Gerrard. Jeśli ktoś spodziewał się po powrocie duetu jakichś nowinek – może być zawiedziony. Te osiem nagrań to kwintesencja dawnego stylu Dead Can Dance. Ci, którzy wykupili wszystkie bilety na jedyny koncert w Warszawie [Sala Kongresowa, 15 października br.] –  podjęli właściwą decyzję.- Autor: Paweł Gzyl Źródło: Onet [linki oraz zdjęcia ~ b69s]

 

Coldplay znowu w Polsce!

19 września br. na warszawskim Stadionie Narodowym zagra grupa Coldplay!

Koncert organizowany wspólnie przez Alter Art i Live Nation odbędzie się w ramach trasy promującej najnowszą płytę zespołu zatytułowaną „Mylo Xyloto”. Jeden z pierwszych koncertów, na którym Coldplay wykonali utwory z wtedy jeszcze niewydanego albumu odbył się na festiwalu Heineken Open’er 2011. Był to jednocześnie premierowy występ Coldplay w Polsce, oglądany przez ponad 60 tysięcy fanów. Obecny rok będzie dla grupy Chrisa Martina czasem intensywnego koncertowania, w ramach którego zespół wystąpi na kilkunastu arenach w Stanach Zjednoczonych i Europie, w tym na 7 stadionach w samej Wielkiej Brytanii. Na koncertowej mapie Coldplay znalazła się także Warszawa!  

Album „Mylo Xyloto” ukazał się 24 października ubiegłego roku i w ciągu zaledwie miesiąca trafił do pierwszej dziesiątki najchętniej kupowanych płyt 2011 w Wielkiej Brytanii z wynikiem prawie pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Jeśli doliczy się do tego ponad milion egzemplarzy ze Stanów Zjednoczonych i pozostałe setki tysięcy ze sprzedaży ogólnoświatowej w niecałe dwa miesiące od premiery, piąte studyjne wydawnictwo Coldplay rozeszło się w ponad dwu milionach sztuk. Jednocześnie, na Wyspach wersja cyfrowa płyty pobiła rekord sprzedaży: ponad 80 tysięcy egzemplarzy w ciągu tygodnia. Dodając do tego pierwsze miejsca list sprzedaży od Australii przez Danię i Portugalię po Meksyk otrzymamy kolejny bestsellerowy produkt firmowany przez Coldplay.

Nie powinno to jednak dziwić, bo ten zespół był wyjątkowy już od pierwszych chwil. Umiejętności muzyczne członków, teksty oraz melodie natychmiast podbiły serca publiczności. Pierwszy album „Parachutes” pojawił się w lipcu 2000 roku, po serii znakomicie przyjętych koncertów oraz entuzjastycznie odebranych singlach „Shiver” i Yellow”. Płyta zadebiutowała na szczycie UK Albums Chart spotykając się z aplauzem także w całej Europie oraz Stanach i przyniosła im pierwszą z siedmiu nagród Grammy, jakie otrzymali do tej pory. Na wydanym dwa lata później „A Rush of Blood to the Head” znalazł się cały zestaw hymnów takich jak “In My Place”, “The Scientist” i oczywiście Clocks”, nagrodzone w 2004 roku Grammy w kategorii Record Of The Year. Sama płyta trafiła na czołowe miejsca wielu muzycznych podsumowań roku 2002. Z zaledwie dwoma albumami w dorobku, zespół mógł spokojnie wcielić się w rolę headlinera takich festiwali jak Glastonbury czy Rock Werchter i wyrobić sobie renomę jednego z najlepszych koncertowych zespołów świata.

Na kolejny album grupy, trzeba było poczekać trzy lata. Płyta „X&Y” rozeszła się w ponad 8 milionach egzemplarzy, zdobywając tytuł najchętniej kupowanego albumu roku 2005. Płyta trafiła na pierwsze miejsca list sprzedaży w 20 krajach. Singlami promującymi album były m.in. kompozycje „Speed Of Sound”, „Fix You” oraz „Talk”. Ten ostatni powstał na bazie riffu z „Computer Love” niemieckiej legendy elektroniki Kraftwerk. Warto dodać, że trzy pierwsze płyty Coldplay otrzymały najważniejsze brytyjskie nagrody muzyczne czyli Brit Awards w kategorii Best British Album.

Nowym etapem kariery dla Coldplay stała się współpraca z legendarnym muzykiem i producentem Brianem Eno. Szukający nowych kierunków muzycy w 2008 przedstawili album Viva la Vida or Death and All His Friends”, na którym eksperymentowali z brzmieniem, produkcją i gatunkami jednocześnie zachowując swój tradycyjny styl i zdolność do pisania przebojowych piosenek, z tytułową „Viva La Vida” na czele. Płyta znalazła swoje rozwinięcie kilka miesięcy później na EP’ce zatytułowanej „Prospekt’s March”. W jednym z utworów gościnnie pojawił się Jay-Z, amerykański raper, prywatnie przyjaciel Chrisa Martina.

Brian Eno pojawił się po raz kolejny w studiu w czasie prac nad „Mylo Xyloto” – pierwszym koncepcyjnym albumem Coldplay, który – jak podkreślają sami muzycy – jest „historią miłosną z happy-endem”. Wśród inspiracji wymieniany jest amerykański serial „The Wire”, antynazistowski ruch Białej Róży oraz old schoolowe graffiti, co widać w szacie graficznej płyty, scenografii koncertów i wyglądzie zespołu we wszystkich materiałach i wydarzeniach promujących „Mylo Xyloto”.- [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Grupa Coldplay ogłosiła wykonawców, którzy rozgrzeją publiczność zgromadzoną na Stadionie Narodowym w czasie koncertu. Przed zespołem Chrisa Martina zaprezentują się Marina & The Diamonds  oraz Charli XCX. W obu wypadkach będą to ich pierwsze koncerty w Polsce!

Marina and the Diamonds – „Electra Heart”.

Żyjemy w czasach, kiedy wszystkie najważniejsze przemiany kulturowe i obyczajowe odbywają się w sferze cyfrowej. To właśnie tam każdy może kreować siebie według najskrytszych marzeń. Nic dziwnego, że artyści zaczynają się z ciekawością przyglądać temu zjawisku. A jako jedna z pierwszych – Marina And The Diamonds.

Kiedy ta brytyjska piosenkarka greckiego pochodzenia podróżowała po Ameryce promując swój debiutancki album sprzed dwóch lat, często zerkała w wolnych chwilach spędzanych w autokarze na platformę mikroblogową Tumblr. I zafascynowało ją zjawisko internetowych gwiazd – młodych ludzi, którzy wklejając swe zdjęcia do serwisu w różnych przebraniach i makijażach, stawali się na chwilę sławni wśród jego użytkowników. Z czasem Marina sama dołączyła do nich – w kolejnych hotelach robiła sobie upozowane zdjęcia, które złożyły się w wizerunek gwiazdy współczesnego show-biznesu, w czytelny sposób symbolizującej jego próżność i zepsucie.

Pomysł ten stał się  zaczątkiem idei nowego albumu Mariny. Nabrał on wyraźniejszego kształtu, gdy wokalistka trafiła na legendarną książkę Kennetha Angera –”Hollywood Babylon” – opisującą skandale z życia amerykańskich gwiazd kina lat 30. i 40. Z czasem dołączyły do tego inne motywy – zaczerpnięte choćby z filmów w rodzaju „Bulwar zachodzącego słońca” czy… antycznych tragedii. W ten sposób narodziły się teksty, opowiadające archetypową wręcz historię wspomnianej „primadonny”, która odnosząc sukces w show-biznesie, zamienia swe życie w bezwzględną grę władzy i kontroli. 

Czy nowofalowa muzyka rockowa odwołująca się do twórczości Toyah czy Lene Lovich z debiutanckiego albumu Mariny „The Family Jewels” była odpowiednia do takiej tematyki? Oczywiście, że nie. Nic więc dziwnego, że brytyjka  zaprosiła tym razem do współpracy najmodniejszych producentów współczesnego popu, aby stworzyli skrzącą się jaskrawymi barwami przebojowa muzykę, idealnie pasującą do zamierzonego konceptu.

I tak też się stało – wokalistka przy pomocy Diplo, Dr. Luke’a, DJ Chuckie i duetu Stargate sięga na „Electra Heart” po śmiało ocierające się o kicz estetyki – od odwołującego się do lat 80. melodramatycznego synth-popu („Homewrecker”, „The State Of Dreaming” czy „Living Dead”), przez osadzony na połamanej rytmice elektroniczny R&B („Starring Role”) i szaleńczo popularny dziś bombastyczny euro-dance („Primadonna” czy „Power & Control”), po podrasowany rockową energią klubowy electro-pop („Bubblegum Bitch”). Słychać w tych piosenkach świadomie wplecione echa dokonań największych gwiazd obecnego show-biznesu, z których każda mogłaby być odpowiednikiem wspomnianej „primadonny” – Britney Spears, Christiny Aguilery, Lady Gagi, Katy Perry i oczywiście samej Madonny.

Żadna z nich nie potrafiłaby jednak zaśpiewać tych kompozycji tak, jak Marina – bo angielska piosenkarka stawia na niemal aktorskie interpretacje, modulując swój wokal na różne głosy kolejnych postaci z opowiadanej historii. Jej śpiew jest nie do podrobienia, co sprawia, że ma swój własny i niepowtarzalny charakter. I właśnie dzięki niemu, album jest czymś więcej niż tylko kolejną superprodukcją obliczoną na komercyjny sukces – ale pełną muzycznego i słownego rozmachu pop-operą, która śmiało mogłaby zostać przeniesiona na kinowy ekran czy teatralną scenę.- Źródło: onet.pl [linki oraz zdjęcia ~closewatch69]

Imitacje przed oryginałami

Nowe, kuriozalne zjawisko wywołuje niemałą wściekłość i konsternację w branży muzycznej. Wierne imitacje najnowszych piosenek światowych gwiazd popu wchodzą na listy przebojów jeszcze przed premierą oryginalnych wersji.

Kopia utworu zespołu Maroon 5 trafiła ostatnio do pierwszej dziesiątki hitów w Wielkiej Brytanii, zanim ”prawdziwe” nagranie pojawiło się na rynku. Był to pierwszy taki przypadek w historii brytyjskiej listy przebojów. Mimo oburzenia wielu osób z muzycznej branży, tożsamość ludzi odpowiedzialnych za podróbkę, wydaną pod szyldem Precision Tunes, przez długi czas pozostawała tajemnicą.

Nasze dziennikarskie śledztwo ustaliło jednak [przyp. Ben Leach i Adam Lusher], kto stoi za tą inicjatywą. Namierzyliśmy menedżera nowojorskiej wytwórni reprezentującej Precision Tunes, Joshuę Weinsteina. Spytany o tę kontrowersyjną praktykę, obiecał zaprzestać wydawania podróbek piosenek i zgodził się ”zrezygnować z wszelkich dochodów” ze sprzedaży tych utworów.

Kopie popularnych piosenek są oferowane w sieci, odkąd dziesięć lat temu powstał rynek ściąganych za opłatą utworów. Muzycy sesyjni i eksperci od produkcji przygotowują niemal identyczne imitacje oryginałów po ich radiowej premierze. Piosenki sprzedawane są na stronach takich jak iTunes czy Amazon, najczęściej po 79 pensów. Dotychczas jednak podróbki nagrywano dopiero wtedy, gdy oryginał zdobył popularność.

Nowy trend wykorzystuje specyficzną strategię branży muzycznej w Wielkiej Brytanii, gdzie rozgłośnie zaczynają grać utwory na kilka tygodni przed oficjalną premierą singla. Taki zabieg przekładał się zazwyczaj na zwiększenie popytu i zapewniał dobre wyniki w pierwszym tygodniu sprzedaży.

Ale dziś, w dobie internetu, imitatorzy bywają szybsi. Umieszczają oni w sieci podróbki piosenek, kupowane następnie przez fanów, którzy nie chcą czekać dłużej na oryginał, lub wręcz nie zdają sobie sprawy, że kupują kopię. Jak dotąd praktyka ta nie została ukrócona, ponieważ mieści się w nieuregulowanej prawnie sferze, która pojawiła się na skutek błyskawicznej ewolucji internetu.

Niektórzy eksperci twierdzą, że tego typu nagrania można zaskarżyć do sądu, bowiem naruszają one prawo pierwszego wykonawcy bądź kompozytora piosenki do zarejestrowania i wydania własnej wersji, zanim zrobią to inni.

Kwestia ta została nagłośniona w mediach po aferze z przebojem Maroon 5. Utwór o nazwie ”Payphone (Maroon 5 Feat Wiz Khalifa Tribute)”, sygnowany przez Precision Tunes, trafił 17 czerwca na dziewiąte miejsce oficjalnej brytyjskiej listy przebojów, i to wyłącznie dzięki sprzedaży w internecie.

Było to na tydzień przed premierą oryginalnej wersji piosenki ”Payphone” amerykańskiego zespołu Maroon 5 i rapera Wiza Khalify. Podróbka Precision Tunes została ściągnięta z sieci 34 492 razy, co zapewniło jej miejsce w czołowej dziesiątce.

Dziennikarze naszej gazety postanowili odnaleźć osoby odpowiedzialne za nagranie i wydanie imitacji. Dzięki sprawdzeniu finansowych powiązań udało się ustalić, że piosenkę wystawiła na sprzedaż na iTunes międzynarodowa firma dystrybucji muzyki The Orchard z siedzibą na londyńskim West Endzie.

Okazało się, że The Orchard rozpowszechniała utwór na polecenie Weinsteina, mieszkającego w Nowym Jorku producenta muzycznego. Potwierdził on, że stoi za projektem Precision Tunes i kieruje związaną z nim wytwórnią PT Records.

Weinstein podkreśla w swoim oświadczeniu, że obecnie ”restrukturyzuje” działalność i obiecał „zrzec się dochodów” ze sprzedaży „Payphone” oraz ośmiu innych podróbek piosenek znanych wykonawców, w tym Ushera, Jennifer Lopez i Justina Biebera.

„Niedawno dokonaliśmy restrukturyzacji firmy i zatrudnienia, a teraz jesteśmy w trakcie usuwania materiału i sprawdzania szczegółów dotyczących publikacji tych utworów. Zamierzamy zrezygnować z wszelkich pieniędzy zarobionych na ich wydaniu”.

Podróbka Maroon 5 autorstwa Precision Tunes była co prawda pierwszą, która dostała się do czołowej dziesiątki na liście przebojów, ale już w lutym do czterdziestego miejsca dotarli  Kings of Pop z kopią piosenki „T.H.E (The Hardest Ever)” will.i.ama, muzyka i jurora brytyjskiego konkursu talentów „The Voice”.

Z kolei w jednym z kwietniowych notowań na 49 pozycji znalazł się zespół Carly Rae Jepsen Tribute Team, który wydał przeróbkę utworu „Call Me Maybe” kanadyjskiej piosenkarki Carly Rae Jepsen na tydzień przed pojawieniem się oryginalnej wersji.

Niektóre wytwórnie płytowe usiłują zapobiegać rozpowszechnianiu imitacji, przyspieszając premierę singli, kiedy tylko zorientują się, że podróbka krąży już w sieci. „Whistle”, niedawna piosenka amerykańskiego rapera Flo Ridy, trafiła do sprzedaży dwa tygodnie wcześniej, gdy okazało się, że jej kopia osiągnęła 38 miejsce na liście przebojów.

Za każdym razem, kiedy fałszywy utwór kupowany jest w sieci, sprzedawca internetowy otrzymuje część pieniędzy, a określony odsetek przekazuje kompozytorowi piosenki. Wykonawcy oryginalnej wersji nie dostają jednak tantiem, jakie należałyby się im, gdyby klient kupił ich nagranie.

Mimo to zdaniem większości ekspertów sklepy internetowe nie odpowiadają za tę praktykę. Więksi sprzedawcy zapewniają, że każdy wydawca oferujący nagrania na ich stronach musi podpisać oświadczenie o posiadaniu praw do danej muzyki.

Oryginalna wersja „Payphone” w wykonaniu Maroon 5 zadebiutowała 24 czerwca na szczycie brytyjskiej listy przebojów – łącznie utwór sprzedał się w ponad 141 tysiącach egzemplarzy. Podróbka Precision Tunes spadła na 85 miejsce, a obecnie została już wycofana z oferty iTunes.

Tim Lewis, dyrektor Singsongs Music Ltd, brytyjskiej wytwórni, która wydaje identycznie brzmiące imitacje piosenek przeznaczone na rynek karaoke, opowiada, jak wygląda proces kopiowania.

– Sama produkcja bywa dość skomplikowana, ale mówiąc najogólniej, odtwarza się brzmienie piosenek w studiu – tłumaczy. – Producent dysponuje oryginalną wersją i każe muzykom nagrywać kolejne partie, instrument po instrumencie. Sporo zależy jednak od aranżacji oryginału. Jeżeli jest to na przykład popowa piosenka, zwykle używa się wielu syntezatorów.

The Orchard, firma założona w Nowym Jorku w 1997 roku przez producenta Richarda Gottehrera i menadżera Scotta Cohena, jest obecnie jednym z największych na świecie niezależnych dystrybutorów cyfrowej muzyki. Jej przedstawiciele odmówili odpowiedzi na pytanie, czy próbowali uzyskać zgodę od zespołu Maroon 5 na wydanie kopii jego utworu.- Autorzy:  Ben Leach, Adam Lusher, Źródło: Daily Telegraph [linki oraz zdjęcia ~closewatch69]

Jon Lord 1941 – 2012

W wieku 71 lat zmarł Jon Lord, współzałożyciel zespołu Deep Purple. Muzyk zmarł w poniedziałek 16 lipca na skutek zatoru tętnicy płucnej. Artysta cierpiał na raka trzustki. Zmarł w otoczeniu rodziny w Londynie.

Jon Lord założył Deep Purple w 1968 roku wspólnie z perkusistą Ianem Pacem. Lord był jednym z najwybitniejszych współczesnych klawiszowców. Był współautorem największych przebojów zespołu, w tym kultowego „Smoke On The Water” czy „Child In Time”.

Lord był członkiem Deep Purple w latach 1968 – 2002.

Był pierwszym muzykiem rockowym, który dokonał udanego mariażu muzyki poważnej i popularnej na płycie Concerto for Group and Orchestra z 1969 roku. Jon Lord występował gościnnie na płytach wielu znanych wykonawców, m.in. The Kinks, Ashton, Gardner & Dyke, Nazareth, George’a Harrisona, Davida Gilmoura, Cozy’ego Powella i Alvina Lee.- Źródło: muzyka.onet.pl 

Alabama Shakes – “Boys & Girls”.

Jest w Alabamie miasto o wdzięcznej nazwie Athens. W przeciwieństwie do słynniejszego imiennika z Grecji, nie jest ono tętniącą życiem metropolią. To typowe miasteczko amerykańskiego Południa. Kiedyś rolnicze, dziś bardziej robotnicze, zawsze trochę zapyziałe. W tej scenerii spotkała się dwójka dzieciaków z jednej szkoły, Brittany Howard i Zac Cockrell. Ona grała trochę na gitarze i sobie podśpiewywała, o nim wiedziała, że nosi koszulki fajnych zespołów i pogrywa na basie. Potem dokooptowali jeszcze gitarzystę Heatha Fogga i perkusistę Steve’a Johnsona. Historia jakich wiele. To, co nagrali zupełnie nie.

Nawet, gdyby nie wciągnęli swojego rodzinnego stanu do nazwy zespołu, nie byłoby problemem umiejscowić ich na mapie USA. Gdzieś pomiędzy pochodzącymi z Oklahomy Kings of Leon, mieszkającym w Tennessee Jackiem White’em, a przywiązanymi do Alabamy Lynyrd Skynyrd. Południe w pełnej krasie. Nie jest to samo w sobie bardzo podniecające, ale Alabama Shakes mają jedną ogromną przewagę nad tysiącem innych zespołów. Brittany Howard.

Ta niepozorna dziewczyna zdaje się być reinkarnacją Janis Joplin. Ta sama moc głosu. Podobna barwa, surowość. Jednocześnie Howard ma lepsze wyczucie soulu, co zbliża ją do Arethy Franklin. “Boys & Girls” nagrali na setkę w studiu w Nashville i najbardziej uwidacznia się to w śpiewie Brittany. Śpiewa, jakby jutro miało nie nadejść, a to jej jedyna szansa, by zostać usłyszaną. Ożywia zanurzone w przeszłości piosenki, sprawia, że każda z nich elektryzuje. Nie ma potrzeby wymieniać ich wszystkich po tytułach, wystarczy tylko jeden: “Hold On”. Monumentalna, porywająca, po jej usłyszeniu prawdopodobnie pokochacie ich tak, jak ja (przyp. autor).

Nigdy nie czułem specjalnego sentymentu do minionych dekad, ale w ciągu 36 minut “Boys & Girls” chcę przenieść się do ich świata, gdzie rok 1977 nigdy nie nadszedł.- AutorMichał Wieczorek, Źródło: um.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

John Mayer – “Born and Raised”.

Problemy ze strunami głosowymi oraz przebyta operacja opóźniły wydanie piątego, studyjnego albumu w dorobku artysty. Kiedy wydawało się, że wszystko wróciło do normy, dolegliwości powróciły i został on zmuszony do odwołania letniej trasy koncertowej. Jednak wcześniej Mayerowi udało się dokończyć najnowszy krążek zatytułowany “Born and Raised”.

Na płycie dominują brzmienia od folku przez country aż po southern rock. Już pierwsze “Queen of California” wprowadza nas w klimat tej mieszanki, podobnie jak nieco bardziej wzniosłe “The Age of Worry”. Większość utworów na płycie to charakterystyczne dla Mayera ballady. Nowością jest, że muzyk sięgnął po harmonijkę, którą usłyszymy między innymi w “Born and Raised”(Reprise) i “Fool to Love You”.

Za najlepszy moment płyty można uznać tytułowy utwór “Born and Raised”, w którym artystę wokalnie wspierają David Crosby i Graham Nash z legendarnej formacji Crosby, Stills & Nash. Z kolei w równie udanej kompozycji, jaką jest “Walt Grace’s Submarine Test, January 1967″, na trąbce gościnnie zagrał amerykański trębacz jazzowy Chris Botti. Na płycie udziela się również Chuck Leavell – klawiszowiec, członek The Allman Brothers Band, który współpracował między innymi z Claptonem czy The Rolling Stones. Świetnie brzmi też “Something Like Olivia”, w której partie klawiszowe bardzo przyjemnie komponują się z bluesową gitarą.

Teksty, jakie prezentuje Mayer na swojej najnowszej płycie momentami nie są zbyt przekonywujące. Szczególnie dotyczy to singlowego “Shadow Days”, w którym śpiewa I’m a good man with a good heart/ Had a tough time, got a rough start/ But I finally learned to let it go/ Now I’m right here and I’m right now oraz refrenu utworu “Whiskey, Whiskey, Whiskey”.

Niestety na tej płycie Mayer rzadko sięga po gitarę elektryczną. Przeważają na niej akustyczne dźwięki, które wprawiają w lekką monotonię. Przydałaby się tu odrobina drapieżniejszego, bluesowego brzmienia tego uzdolnionego gitarzysty. Można również zastanawiać się czy, Mayer nie powinien pokusić się o osobę wspierającą go w tworzeniu tekstów przy okazji kolejnych wydawnictw.- Autor: Marek Cieślak, Źródło: um.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Soulsavers – “The Light the Dead See”.

Kiedy do brytyjskiego duetu producenckiego dołączył Mark Lanegan muzyczne media zgodnie uznały, że wokalista odnalazł idealne miejsce dla siebie. Muzyk nagrał w tym roku płytę solową, a Soulsavers po dwóch albumach z jego udziałem postanowili poszukać odmiany. Niewielu posiada głos mogący konkurować ze zdolnościami Amerykanina – trzeba było sięgnąć po najcięższy kaliber. Okazja nadarzyła się podczas wspólnej trasy koncertowej z Depeche Mode. Dave Gahan znał nagrania Soulsavers od Marka Lanegana, a kiedy ci supportowali jego rodzimą formację w Europie pod koniec roku 2009 udało mu się znaleźć wspólny język z Richem Machinem. To z pewnością jeden z nielicznych wokalistów, który może uniknąć porównań z poprzednikiem, a ponadto krytykowanie jego kolaboracji z Soulsavers niesie ze sobą ryzyko narażenia się rzeszom wiernych fanów Depeche Mode. Trzeba się więc pogodzić z tym, że Gahan nie jest Laneganem (odkrywcze) i na “The Light the Dead See” nie znajdziemy już intrygującego połączenia kościelnej atmosfery z mrocznym, nieco nawet diabolicznym, zachrypniętym głosem.

Nie znaczy to oczywiście, że nieobecne są tu gospelowo-soulowa estetytka i specyficzny uduchowiony nastrój. Muzyka Glovera i Machina utrzymana jest w tym samym klimacie, co prowadzi niejednokrotnie do refleksji, że z tym samym wokalistą efekt mógłby być zbyt przewidywalny (oczywiście jeśli przyjmiemy, że głos Lanegana może się komukolwiek znudzić…). Z tego względu Gahan niewątpliwie odświeża brzmienie brytyjskiego duetu. Jego śpiew jest czystszy, spokojniejszy, choć niepozbawiony gwałtownych emocji (końcówka “Gone Too Far”). Nie ma na tym albumie rozpaczliwego poszukiwania, raczej próba oswojenia się z trudnymi tematami.

Już pierwsza piosenka (płyta zaczyna się od utworu instrumentalnego), wspaniałe “In the Morning” podkreśla odmienne podejście nowego partnera wokalnego. W warstwie lirycznej opowiada o bolesnej stracie, przy czym wykonanie sprawia, że odnosimy wrażenie, że jest to powolne docieranie tragedii do świadomości opuszczonego. Pod koniec w tle pojawia się głos Lanegana, zwiększając jeszcze kontrast pomiędzy tonem rozpaczliwym, a kończącą kawałek spokojną rezygnacją. Utwory Soulsavers wywoływały zawsze dziwne uczucie podniesienia na duchu pomimo przesycenia smutkiem i buntem. Nie inaczej jest w tym przypadku, choć wyrzuty Gahana mają w sobie mniej agresji.

Instrumentalne wstawki, jak przystało na Soulsavers, przypominają filmowe tematy Ennio Morricone; słychać tutaj domieszkę country, organy na początku “Take Me Back Home” nie mogą się nie skojarzyć z “A Whiter Shade of Pale”, a “I Can’t Stay” z ich własnym hitem. Ale nie ma na tej płycie raczej nic, co byłoby w stanie nawrócić zatwardziałych grzeszników tak jak “Revival”. Sposób śpiewania Gahana wprowadza nutkę popowości (szczególnie w “Just Try”), liryzmu dodają smyczki (Sonus Quartet wykonuje partie, które zaaranżował Daniele Luppi), jest gospelowy chórek damski. Mimo poruszania niełatwej tematyki – śmierci i wiary – “The Light the Dead See” prędzej słuchacza zabawi niż zbawi. Ale za to wzniośle.- Autor: Katarzyna Borowiec, Źródło: um.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Winylowe piękno

Kolekcjonerzy na całym świecie są zgodni: nic nie może się równać z winylem.

Może o tym nie wiedzieliście, ale niedawno obchodziliśmy Dzień Sklepu Płytowego – doroczne wydarzenie służące popularyzacji małych, niezależnych sklepów z muzyką. Chodzi o miejsca, w których można kupić płyty stare i nowe, nagrania sławnych gwiazd – i niemal nikomu nieznanych niszowych wykonawców, produkcje wielkich wytwórni – i garażowych studiów nagraniowych. Oczywiście przede wszystkim na płytach winylowych. Problem polega na tym, że zarówno małe sklepy, jak same nagrania w takiej formie są dziś zagrożone.

Jeśli nic ci to nie mówi – to zapewne należysz do znakomitej większości współczesnych ludzi, którym słowo „nagranie” nie kojarzy się już z czarnym krążkiem wykonanym z polichlorku winylu (PVC), na którym muzyka zapisana jest w postaci jednego, spiralnie zwiniętego rowka; aby ją odtworzyć, przez rowek musi przejechać igła wykonana z maleńkiego kawałka diamentu umocowana na końcu sztywnej rurki zwanej ramieniem. A potem drgania są wzmacniane… i płynie muzyka.

Czujesz, że nie do końca wiesz o co chodzi? Jeśli tak, to nie jesteś jednym z tych romantyków, którzy nadal twardo wierzą w to, że nie ma lepszej metody słuchania muzyki niż płyta winylowa. „Słuchania muzyki” – zwróć, proszę, uwagę na to sformułowanie. Nie chodzi o sytuację, w której „coś leci w tle”, kiedy ty zajmujesz się tym, co akurat masz do roboty – bo tak zwykle wykorzystujesz muzykę ściąganą z internetu czy (choć na mniejszą skalę) płyty CD. Jeśli chcesz mieć tło muzyczne do sprzątania pokoju – płyty winylowe raczej nie są dla ciebie.

Jak na przedmioty tak podatne na zniszczenia spowodowane działaniem czasu i nieostrożnym traktowaniem, płyty winylowe okazały się wyjątkowo odporne. Choć dziś nie należą już do mainstreamu i nie mają takiej pozycji jak w czasach przed ucyfrowieniem muzyki, nadal daleko im jeszcze do zupełnej niszowości.

W dodatku – to naprawdę ironia losu, wprawiająca w bezbrzeżne zdumienie różnych ekonomicznych guru – technologia, która miała ostatecznie zabić rynek płyt winylowych (internet, pliki mp3, aplikacje na urządzenia przenośne…) dziś pomaga mu kwitnąć. Strony internetowe takie jak Three Black Feathers wspólnie z sieciami sklepów London’s Rough Trade czy Manchester’s Piccadilly Records sprawiają, że sprzedaż winyli rośnie i wciąż ukazują się nowe nagrania na czarnych krążkach.

Co takiego jest w płytach winylowych, że ludzie tacy jak ja wciąż są nimi zauroczeni? Myślę, że wspólnych wątków łączących wszystkich miłośników winyli jest stosunkowo niewiele. Ja na przykład, choć zdarza mi się kupować nowe wydania, najczęściej szukam oryginalnych płyt tłoczonych od lat pięćdziesiątych do drugiej połowy siedemdziesiątych [przyp. Derek Pringle] – można je dostać w sklepach z używanymi płytami, takich jak londyński Haggle, Relics w Bristolu czy Kingbee w Manchesterze.

Jeśli jednak coś nas łączy, to chyba przede wszystkim zamiłowanie do samej ceremonii puszczania muzyki z winylowej płyty i ten cudowny moment oczekiwania, aż zacznie ona grać…

Kolejna sprawa: okładki płyt. Koperta w kształcie kwadratu o boku 12 cali (ok. 30 cm) dawała artystom – fotografom, grafikom – prawdziwe pole do popisu. Trudno to w ogóle porównywać z niewielkim pudełkiem płyty CD, nie wspominając już o plikach mp3, które okładek nie mają w ogóle. A jeśli ktoś będzie miał wątpliwość czy rzeczywiście rozmiar ma znaczenie, niech weźmie do ręki jedną z oryginalnych płyt jazzowych z lat pięćdziesiątych wydanych przez wytwórnię Blue Note. Nastrojowe czarno-białe zdjęcia, przedstawiające najczęściej lidera zespołu w czasie występu albo na tle widoków Nowego Jorku, do tego charakterystyczne liternictwo – wszystko razem daje wyjątkowy efekt, którego nie znajdziecie na okładkach kompaktów z tymi samymi nagraniami. Potęga tych okładek działa zresztą także na przedstawicieli pokolenia cyfrowego: znajomy sprzedawca ze sklepu z płytami powiedział mi ostatnio, że nastolatki – nie mające nawet w domach adapterów – kupują winylowe longplaye zespołów takich jak The Kinks czy The Who tylko po to, aby zdjęte z nich koperty wieszać na ścianach w swoich pokojach…

Moje uszy uważają, że płyta winylowa ma przewagę nad kompaktem – ale żeby to usłyszeć, trzeba mieć dobry adapter i sprzęt nagłaśniający. Jasne, są adaptery, wzmacniacze i głośniki, które sprawią, że twoje winyle będą brzmiały jak filharmonia – ale ich ceny speszyłyby nawet Romana Abramowicza. Nie chodzi mi o tę najwyższa półkę – niemniej jeśli chcesz, aby twoje czarne płyty zdradziły ci swoje najgłębsze sekrety, musisz zainwestować w sprzęt.

Miłośnicy winyli twierdzą, że czarna płyta ma cieplejszy i bogatszy dźwięk niż CD, nie mówiąc już o plikach ściąganych z sieci. Moim zdaniem – a mam w domu także odtwarzacz CD i mp3 – winyle (zwłaszcza te nagrywane analogowo w czasie rzeczywistym) prezentują w czasie odtwarzania specyficzny rodzaj czystości rytmu, której nagrania cyfrowe nie są w stanie dorównać. Trzeba jednak przyznać, że istnieją tu znaczące różnice pomiędzy poszczególnymi formatami nagrania: płyty przeznaczone do odtwarzania z prędkością 78 obrotów na minutę brzmią pod tym względem lepiej niż „czterdziestki piątki”, a te z kolei – lepiej niż płyty LP. Największym wrogiem dobrego brzmienia jest oczywiście kompresja: dwunastocalowe winylowe single mają jej najmniej, pliki ściągane z sieci – najwięcej.

Moja kolekcja winyli składa się głównie z pierwszych tłoczeń płyt z muzyką, którą lubię. To bardzo szeroka kategoria – obejmuje muzykę afrykańską, przypominającą mi moja młodość w Kenii, jazz, reggae, rockabilly, rocka progresywnego, rocka psychodelicznego, bluesa i muzykę klasyczną. W latach siedemdziesiątych, kiedy chodziłem do typowej angielskiej szkoły z internatem, muzyka stała się moją prawdziwa pasją. Nie mieliśmy telewizji, czytanie książek służyło do zdobywania wiedzy szkolnej – cóż więc mieliśmy robić pomiędzy popołudniowym czasem na naukę a wieczornym zgaszeniem świateł? Słuchaliśmy „Who’s Next” The Who albo „Dark Side of the Moon” Pink Floydów.

W mojej kolekcji równie ważne jak dźwięk są poszczególne piosenki – dlatego „świętym graalem” są dla mnie mało znane, siedmiocalowe single na których można usłyszeć kapitalne solówki gitarowe czy wyjątkową akustykę. Single takie jak „Beeside” zespołu Tintern Abbey czy „The Addicted Man” grupy The Game spełniają te wymagania – tyle, że znalezienie ich było piekielnie trudnym zadaniem. Inne – jak „Try a Little Sunshine” grupy The Factory czy „Pempelem” Aziego Lawrence’a – nadal pozostają poza moim zasięgiem: albo nigdzie ich nie ma, albo pojawiają się na eBayu w takich cenach, że musiałbym chyba wygrać w lotto, aby móc sobie na nie pozwolić.

„Pierwsze tłoczenia” to – jeśli nie liczyć jeszcze rzadszych tłoczeń testowych i płyt demo – dźwięk najczystszy i najbardziej przypominający brzmienie taśmy-matki nagranej w studiu. Piosenki takie jak „Way to Blue” Nicka Drake’a czy „Solid Air” Johna Martyna na płytach „pierwszego tłoczenia” brzmią po prostu fantastycznie: soczysta wiolonczela na pierwszym planie, lekko chropawy dialog saksofonu z wibrafonem na drugim – na późniejszych wydaniach nie robi to już aż takiego wrażenia.

Ale to w gruncie rzeczy tylko teoria: argumenty o przewadze jednych wydań nad innymi to stały punkt dyskusji miłośników winylów, często zresztą dający początek całym rozbudowanym mitologiom. Tym, co naprawdę rozgrzewa środowisko jest zupełnie inny spór: mono kontra stereo. Pewna część kolekcjonerów czarnych płyt nadal uważa, że stereo do szatański wynalazek…

Oczywiście w niektórych przypadkach należy im przyznać rację. Zdarza się, że osoba poszukująca klasycznych nagrań z lat sześćdziesiątych nabiera się na późniejsze stereofoniczne miksy. Weźmy kapitalny album „Odessey and Oracle” grupy The Zombies: jego późniejsze wydania na płytach CD mają już dźwięk stereo i zdecydowanie brakuje im czystej siły i brzmienia monofonicznego oryginału. Problem polega na tym, że nawet właściciele adapterów mają problem z cieszeniem się oryginalną wersją, bo ceny winyli z nią dostępnych na rynku wtórnym wahają się od 700 do 800 funtów (od 3,5 do 4 tys. zł).

Rosnący prestiż – a co za tym idzie także cena – niektórych starych nagrań sprawia, że są one poza zasięgiem części właścicieli adapterów. Wielu z nich pielęgnuje marzenia o znalezieniu zapomnianej płyty na jakiejś wyprzedaży czy w sklepie organizacji dobroczynnej. Z czasem takie marzenia mogą przerodzić się w prawdziwą obsesję – znajomy sprzedawca powiedział mi wręcz, że niektórzy jego klienci to po prostu „winyloholicy”. Jeden z nich (mężczyzna w średnim wieku) miał podobno trzy pary butów, ale tylko jedne sznurowadła, które przekładał z jednych do drugich – bo każdy grosz oszczędzał na płyty…

To oczywiście przypadek skrajny – ale wiadomo, że ludzie kochający stare winyle nie zawahają się użyć łokci (i kart kredytowych), aby zdobyć kolejny wiekowy przedmiot pożądania. Miejmy nadzieję, że ich pasja zwycięży nad zwykłą komercją tych, którzy kupują płyty tylko po to, aby po kilku dniach sprzedać ja za parę funtów więcej na eBayu…- Autor: Derek Pringle/ Daily Telegraph [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Birdy

Wygląda jak zagubiona, rozmarzona gimnazjalistka, lecz za tymi dużymi oczami i spokojnym obliczem kryje się, co prawda, bardzo młoda, lecz już doskonale wiedząca czego chce i wyjątkowo uzdolniona dziewczyna z Wielkiej Brytanii. O tym, jak bardzo jest utalentowana przekonuje jej debiutancki materiał.

Artystyczny pseudonim ma taki, jak bohater niezapomnianej powieści Williama Whartona, który marzył o tym, aby latać niczym ptak. Jego marzenie, niestety, nie spełniło się. Urodzona w maju 1996 roku i mająca belgijskie korzenie Jasmine Van Den Bogaerde swoje marzenia o zostaniu piosenkarką zaczęła realizować bardzo wcześnie i do tego z powodzeniem. Wyjaśnijmy jednak od razu, aby nie było niepotrzebnego zamieszania – ksywkę Birdy nadali Jasmine rodzice. Podobno jak była malutka podczas karmienia otwierała buzię bardzo szeroko, niczym ptasie pisklę czekające na pożywienie.

W wieku lat 12 zdolna pianistka i wokalistka Jasmine wygrała konkurs Open Mic UK, a potem zainteresowali się nią przedstawiciele wytwórni Warner. Od tej pory wydarzenia zaczęły toczyć się w szybkim tempie. Dziewczyna pojawiła się między innymi na żywo w programie radia BBC. Jasmine przerobiła piosenkę Bon Iver „Skinny Love”, a ta wersja trafiła następnie na ścieżkę dźwiękową popularnego wśród nastolatków serialu „Pamiętniki wampirów”. Publiczność dziewczyna zdobywała stopniowo. Najpierw były to jej ciocie, wujkowie i kuzyni, ponieważ pochodzi z licznej rodziny (jej mama ma 10. rodzeństwa). Gdy Jasmine umiała już grać na fortepianie i śpiewać, zaczęła pisać własne piosenki, rejestrować je na kamerze i zamieszczać w sieci. Tam ją wypatrzono. „Komuś z wytwórni płytowej spodobało się to, co śpiewałam, a dalej już poszło” – wspomina.

Dalej było miejsce w pierwszej 20. brytyjskiej listy singli z coverem „Skinny Love”. Potem kolejna udana przeróbka, „Shelter” z repertuaru The XX. Następnie przyszedł czas na debiutancką płytę. Na niej Birdy również zamieściła cudze kompozycje, choćby Cherry Ghost,The National, Phoenix, The Postal Service, Jamesa Taylora. „To takie wprowadzenie do mojego stylu. Cieszę się, że wśród tych nagrań znalazła się też i moja piosenka” – mówi Jasmine, której zmysłowy, głęboki głos i wybitna zdolność operowania nim, oczarował recenzentów na Wyspach, a także w Belgii, skąd pochodzi jej rodzina. Nagrania odbyły się w Londynie i Los Angeles. Za produkcję odpowiadali mistrzowie w swoim fachu: Rich Costey (Muse, TV On The Radio), James Ford (The Klaxons), Jim Abbiss (Adele, Arctic Monkeys).

Birdy na razie stawia na covery, bo chce skończyć drugi szczebel edukacji, a dopiero potem zabrać się mocniej za pisanie własnych piosenek. Być może będzie w nich słychać echa twórczości Paolo Nutiniego, Lykke Li i Adele, których uwielbia. Największą inspiracją jest jednak dla Jasmine jej mama, klasycznie wykształcona pianistka. Jako ciekawostkę podajmy, że przodkiem Birdy jest legendarny aktor Dirk Bogarde. Czy odziedziczyła po nim talent aktorski? Okaże się pewnie niebawem. Za to już teraz jest wiadome, że Birdy to wyjątkowe zjawisko na współczesnej scenie muzycznej. Nie było takiego od czasu debiutu Joss Stone!- Źródło: Warner Music Poland [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Terapia dźwiękiem

Można by napisać, że to jeden z wielu folkowych bardów. Jednak William Fitzsimmons to nie tylko autor przejmujących i nasyconych wrażliwością, często smutnych piosenek, to także doświadczony psychoterapeuta. Bezsprzecznie udało mu się połączyć dwie największe pasje: pomaganie innym oraz muzykę.

Amerykanin bardzo szybko spotkał się z uznaniem rodzimej publiczności. Już jego pierwszy krążek – „Until When We Are Ghosts” z 2005 roku – został całkiem dobrze przyjęty i pozwolił na zbudowanie solidnej marki. Marki muzyka potrafiącego przekazać szczere emocje, a jednocześnie przyjemnie ukołysać słuchacza. Jego debiut – wypełniony zwłaszcza dźwiękami akustycznej gitary, oscylującymi na granicy folku i subtelnego popu, do których z rzadka dołącza senna, ale równie przeszywająca elektronika – to pierwsza porcja opowieści o trudach jego terapeutycznej pracy z osobami z zaburzeniami psychicznymi, ale też po prostu o złożoności ludzkich relacji. Z tego wydawnictwa w pamięć zapadają choćby „My Life Changed” oraz „Kylie”. Od tamtej pory artysta wydał kolejne studyjne albumy: rok później „Good Night”, „The Sparrow And The Crow” w 2008 roku oraz zeszłoroczny, opisywany tutaj „Gold In The Shadow”. Wszystkie to świadome, pewnie stawiane kroki na drodze do ugruntowania pozycji jednego z najważniejszych amerykańskich wrażliwych pieśniarzy.

Pierwszy kontakt z najnowszym krążkiem sympatycznego brodacza może przynieść wrażenie, że to dawka znanych i napływających zewsząd łatwych, gitarowych kompozycji. To wielkie uproszczenie, ponieważ o ile same aranżacje nie przynoszą rzeczywiście raczej niczego nowego, o tyle teksty i ich wykonanie zasługują na co najmniej trochę uwagi. Inicjujący „The Tide Pulls From The Moon” brzmi dość popowo – oprócz gitary, basu i perkusji słychać w nim też wyraźne, lecz oszczędnie wykorzystywane klawisze oraz wspierający wokal Grace Read. To właśnie ten numer wywołuje odrobinę rozczarowania – brakuje mu specyficznego klimatu, a całość przypomina zwykłą radiową piosenkę. Na szczęście kolejny, „Beautiful Girl”, przynosi wszystko, czego można oczekiwać od Amerykanina – ledwie szeleszczącą, akustyczną gitarę, wspartą delikatnie fortepianem oraz przewijające się w tle dzwonki, z wieńczącymi całość słowami: „Beautiful girl / Let the sunrise come again / Beautiful girl / May the weight of world resign / You will get better”. To tak skonstruowane ballady są największym atutem całej twórczości Fitzsimmonsa.

„Gold In The Shadow” wybrzmiewa w sumie jednak dość optymistycznie: za sprawą rytmicznego, zagranego na bandżo „The Winter From Her Leaving” albo płynącego kawałka „Psychasthenia”, którego tytuł nawiązuje do zaburzeń związanych z nerwicą natręctw, a w którym słyszymy także Laurę Distasi. Skoro już przy kobiecych wokalach jesteśmy (choć do tej pory pełniły one raczej rolę wspomagających chórków), to skierujmy uwagę na numer „Let You Break”, gdzie spory udział ma, miło brzmiąca w duecie z Williamem, Leigh Nash (znana głównie z Sixpence None the Richer). Pozycja ta stanowi na pewno ciekawe urozmaicenie playlisty, ale trudno powiedzieć, że takie wykonanie, na dodatek w migotliwym utworze z wiodącymi syntezatorami, rzuca na kolana. Po nim słyszymy ciepło zaśpiewany „Wounded Head”, ale to, co najlepsze na krążku, jest dopiero przed nami. Najpierw „Tied To Me” – dość szeroko zaaranżowany: z gitarami, bandżo, klawiszami, perkusją i dodatkowymi efektami. I wreszcie zamykający, liryczny „What Hold”, oparty niemal wyłącznie o akustyczną gitarę i głos, a w końcówce dwa – bo znowu słyszymy Grace Read. Kapitalne zamknięcie i chyba najlepsza kompozycja na całym longplayu.

Nie da się zaprzeczyć, że „Gold In The Shadow” to dzieło bogatsze – częściej korzystające z szerokiego instrumentarium (choć dostępna jest też wersja dwupłytowa, na której dochodzą przede wszystkim wersje akustyczne), przynajmniej w zestawieniu z dwoma pierwszymi, wyprodukowanymi przez samego Williama, albumami. Do tego niesie w swoich dźwiękach dużo pozytywnego światła, które pomimo bezsprzecznej emocjonalnej zawartości tekstów podnoszą na duchu i są w stanie nadać ludzkiej egzystencji więcej ciepłych odcieni.- Michał Perzyna – źródło: esensja.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Cały album do darmowego odsłuchu, znajduje się na portalu Grooveshark pod tym adresem. Serdecznie polecam ~b69s

U2 – „The Joshua Tree”.

Amerykanie mieli wielu muzycznych bohaterów w latach 80., ale to Irlandczycy z U2 albumem „The Joshua Tree” dali im najwięcej powodów do dumy.

Wielkie stadiony footballowe i baseballowe pełne ludzi, Bono i The Edge ubrani w kapelusze i w kowbojki, reszta zespołu bardziej w stylu amerykańskich robotników, podróże prywatnymi samolotami i autokarami, na każdym kroku setki fanów robiących zdjęcia i proszących o autografy – tak wyglądał podbój Ameryki przez U2 w 1987 roku. W niespokojnych czasach rządów Ronalda Reagana powstało wiele doskonałych płyt – Bruce Springsteen, Bob Dylan, Neil Young, a nawet Talking Heads i The Clash opisywali krzysy gospodarczy w kraju i krytykowali politykę zbrojną za granicą. Jednak to „The Joshua Tree” stało się jednym z najważniejszych rockowych symboli lat 80.

Siła tego albumu tkwi przede wszystkim w trzech pierwszych utworach. Najpierw dynamiczna rozbiegówka „Where the Streets Have No Name” z charakterystyczną gitarą The Edge’a, potem w punkcie kulminacyjnym niezwykle nośny refren „I Still Haven’t Found What I’m Looking For” zaśpiewany przez Bono z pasją gospel i na finał piękna, bardziej europejska ballada „With or Without You”. Siłę oddziaływanie tych singli wzmocniły jeszcze teledyski – pierwszy nakręcony podczas koncertu na dachu jednego z budynków w Los Angeles, a drugi nocą na kolorowo oświetlonych i zatłoczonych ulicach Las Vegas. Bono pisząc teksty włożył wiele wysiłku, żeby swoje myśli ubrać w wyszukane metafory, często podpierał się cytatami z Biblii, ale towarzyszące piosenkom obrazki nadały im dosłowny sens i aktualny amerykański kontekst.

Te trzy single zapewniły „The Joshua Tree” rozgłos, a czwarty w kolejności kawałek na płycie dał jej dopiero ciężar gatunkowy. Nowofalowe „Bullet in the Sky” poprowadzone jest transową sekcją rytmiczną, co i raz pojawia się przecinająca powietrze gitara z dużym echem, a Bono śpiewa przejętym głosem i melorecytuje tekst krytykujący działania rządu amerykańskiego wspierającego brutalny reżim w Salwadorze. Podobną siłę rażenia ma pod koniec kompozycja „Exit”, którą wokalista rozpoczyna niepokojąco przy dźwiękach zarejestrowanych w nocy na pustyni, a za jego plecami narasta ściana gitarowego jazgotu i mocnych uderzeń w perkusję. Tekst zainspirowany jest kryminalnymi powieściami Normana Mailera „Pieśń kata”, Truman Capote „Z zimną krwią” oraz twórczością Flannery O’Connor i Raymonda Carvera opisującą ponure obrzeża Ameryki. Właśnie ten klimat uchwycił Anton Corbijn na czarno-białej okładce płyty z drzewem Jozuego na pustyni Mojave.

Wobec tych dwóch najmocniejszych momentów pełny patosu „In God’s Country” nagrany na patencie „Where The Streets Have No Name” sprawia wrażenie wypełniacza, „Red Hill Mining Town” wypada dosyć konwencjonalnie, a „Trip Through Your Wires” brzmi jak bluesowy pastisz. W połączniu z pozostałymi utworami tworzą jednak spójną całość pod względem klimatu, inspiracji i treści. Bono zakochał się w Ameryce, The Edge odnalazł własne brzmienie, Adam Clayton i Larry Mullen Jr. stworzyli zżytą sekcję rytmiczną, a producenci Daniel Lanois i Brian Eno zrobili z nich wielki zespół z piosenkami poruszającymi miliony ludzi. Wystarczy zwrócić uwagę, ile emocji wyciągnęli z oszczędnego w środkach „Running To Stand Still”, jaką przestrzeń stworzyli muzykom w „One Tree Hill” i w jaki nowoczesny sposób razem z zespołem wykorzystali syntezatory i automat perkusyjny w kończącym „Mothers Of The Disappeared”.

Biorąc pod uwagę wcześniejszy przebój „Pride (In The Name Of Love)” z „The Unforgettable Fire” i późniejszy album koncertowy „Rattle and Hum” nagrany m.in. z B. B. Kingiem, Bobem Dylanem, „The Joshua Tree” był dla U2 kluczem do wejście na amerykański rynek i konsekwentnym krokiem do światowej kariery. Z Europy szli na fali masowych koncertów charytatywnych jak  Live Aid oraz byli świeżą krwi dla fanów Boba Dylana, Neila Younga czy Bruce Springsteena. Nie byli uwikłani w wewnętrzne polityczne spory w Stanach i przybywali z zewnątrz – z Irlandii targanej krwawymi konfliktami z IRA. W tym splocie wydarzeń wykazali się taką wrażliwością artystyczną i mieli takie wsparcie techniczne, że nikt nie mógł im dorównać. Podobną sztukę udała się powtórzyć U2 cztery lata później na „Achtung Baby” – potem stali się cieniem nowatorskiego i odważnego zespołu.- Jacek Skolimowski/OnetMuzyka [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Chemiczni bracia na dużym ekranie

Official Website

Adam Smith przyznaje, że jego debiutancki pełnometrażowy film nie jest najłatwiejszym do sprzedania dziełem w historii kina. – Nie ma tu prawdziwej linii narracyjnej – mówi reżyser. – Film trwa 85 minut, są w nim eksplodujące kulki do paintballa i klauni. Kilka dni temu powiedziałem komuś: „Nigdy byś tego nie zamówił, prawda?” – wspomina ze śmiechem. – Przecież to brzmi jak straszna tandeta.

Smith dodaje, że w filmie nie ma żadnej sceny, która umiejscawiałaby akcję w konkretnym miejscu. – Pokazujemy po prostu sztućce latające na zwolnionych obrotach – mówi.

Tom Rowlands z Chemical Brothers, który siedzi po drugiej stronie stołu w londyńskim pubie, gdzie rozmawiamy [przyp. Alexis Petridis], sztywnieje na te słowa. – Jest tam również trochę muzyki – mówi ciężko. Ale nawet biorąc pod uwagę temat filmu (występ Chemical Brothers na festiwalu Fuji Rock w Niigata w Japonii), „Don’t Think” i tak trudno uznać za typowego kandydata do kinowego sukcesu. – To dość osobliwe doświadczenie. Jest to półtorej godziny… – Rowlands zawiesza głos, poszukując odpowiedniego słowa, aby opisać szaleńcy, psychodeliczny, elektroniczny występ zespołu na żywo. – … bredni – mówi w końcu.

Zespół dowiódł w przeszłości, że niezwykle trudno filmować go na scenie. – Grasz na żywo, ponieważ chcesz, aby ludzie obejrzeli cię i dobrze się bawili, a kamery tylko przeszkadzają w takim występie – tłumaczy Ed Simons będący drugą połówką Chemical Brothers. Co więcej, cały materiał został zarejestrowany w ciągu zaledwie jednej nocy, co jak zauważa Rowlands, nie jest typową metodą kręcenia filmu. – Zwykle filmuje się przez pięć wieczorów, zakładając te same ubrania, a następnie wybiera się najlepsze kawałki – wyjaśnia. – A tu wszystko zostało zrobione w ciągu jednego wieczora. To mogła być katastrofa. Czasami nie działają ekrany albo materiały wizualne nie zgrywają się z muzyką. Gdyby tak się stało, nie mielibyśmy szans tego powtórzyć.

Smith przytakuje. – „Don’t Think [z ang. Nie myśl] z pewnością jest dobrym tytułem – mówi. Przyznaje jednak, że ten chaotyczny sposób filmowania doskonale oddaje ducha jego współpracy z Chemical Brothers, która rozpoczęła się podczas ich pierwszego występu na żywo na początku lat 90. Duet miał wystąpić na prośbę didżeja Andy’ego Weatheralla w jego londyńskim klubie. Jednak muzyków tak bardzo zestresował występ przed publicznością, że grali w „kanciapie nad kiblami”, podczas gdy Smith wyświetlał slajdy na pustej scenie. – Graliśmy na zepsutych syntezatorach, które były przestarzałe z punktu widzenia cyfrowych technologii – wspomina Rowlands. – A Adam i jego wspólnik wykonywali podobne projekcje, odmawiając nagrywania ich na wideo.

Jednak tamten etap jest od dawna zamknięty zarówno dla muzyków, jak i dla reżysera. Smith wyreżyserował kilka odcinków „Doctora Who”, a także serial BBC „Mała Dorrit”, podczas gdy Chemical Brothers sprzedali miliony płyt i zgarnęli niezliczone nagrody (ostatnio nagrodę Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Los Angeles za muzykę do thrillera „Hanna” z 2011 roku). Muzycy mają także w planach stworzenie ścieżki dźwiękowej do nowego filmu Smitha na podstawie książki Marka Kohna „Dope Girls”, opowiadającej o zagrożeniach i skandalach związanych z narkotykami w okresie międzywojennym w Wielkiej Brytanii.

Istnieje wiele znakomitych filmów koncertowych, jak na przykład „Ostatni Waltz” Martina Scorsese poświęcony grupie The Band czy „Stop Making Sense” Jonathana Demme’a o Talking Heads, ale zwykle były one niewiele znaczącymi dodatkami do karier tych artystów. W przypadku „Don’t Think” twórcy podjęli wielkie ryzyko. A mimo to o filmie pisali niemal wszyscy krytycy. Jeden z nich umieścił go w koncepcji „kina czystego”, co plasuje go w tak znakomitym towarzystwie jak klasyczny niemy dokument Dżigi Wiertowa „Człowiek z kamerą filmową?” z 1929 roku czy „Olympia” Leni  Riefenstahl z 1938 roku. Inny wystawił mu bardziej prozaiczną ocenę: „Miałem po nim ochotę naszprycować się dragami”.

Jest coś poruszającego w sposobie, w jaki kamera porusza się pomiędzy dwiema bezpretensjonalnymi postaciami, o których opowiada film. Na ekranie widać dziwną zażyłość muzyków i reżysera, ujmującą bliskość związku, który rozpoczął się niemal ćwierć wieku temu na Manchester University. – Kiedy znajdujesz się na scenie, wydaje ci się, że obserwuje cię cały świat – mówi Simons. – Odnosisz wrażenie, że wszyscy odbierają twoje wibracje, ale tak naprawdę ludzie wcale cię nie widzą. Ludzie, którzy obserwowali nas na żywo przez cały koncert, przychodzą do nas po jego zakończeniu i mówią: „O rany, nie wiedziałem, że tak dobrze bawicie się tam na górze”. Kiedy to słyszymy, trochę schodzi z nas powietrze.

Ale prawdziwa siła „Don’t Think” tkwi w sposobie ukazywania publiczności. Reżyser często odwraca uwagę widza od sceny. W pewnym momencie kamera podąża za widzem, który wychodzi z tłumu, żeby kupić coś do jedzenia i porozmawiać z przyjaciółmi, podczas gdy muzyka wciąż huczy w tle. – Uwielbiam ten moment, kiedy kamera oddala się – mówi Simons. – Koncert nie jest nabożnym wydarzeniem. Mogę znajdować się na festiwalu, oglądając jakiś zespół i naprawdę wciągając się w jego muzykę, a jednocześnie zastanawiać się, co później zjem. Nieważne, jak bardzo kochasz zespół, mała część twoich myśli zawsze krąży wokół innych spraw. Cieszę się, że zostało to ujęte w filmie.

Jeszcze bardziej uderzający jest sposób, w jaki kamera pokazuje pojedyncze osoby z tłumu, skąpane w kolorowych światłach, całkowicie nieskrępowane, jak gdyby całkowicie nieświadome obserwujących je kamer. – Jedno z wielkich pytań, jakie sobie postawiliśmy, brzmiało: „Jak zrobić koncertowy film, który zaangażuje widza emocjonalnie?” – mówi Smith. – Publiczność była nam niesamowicie przychylna. Ustawiliśmy na scenie niewielkie informacje po japońsku: „Prosimy, abyście nie patrzyli w obiektywy kamer, które was filmują, po prostu oglądajcie koncert”.

Część zdjęć wykonał zespół czworga amatorów, którzy poruszali się w tłumie, uzbrojeni w małe kamery. – Zrobili znakomite zdjęcia, choć nie pracują zawodowo jako operatorzy – mówi Smith. – Jeden z nich był asystentem montażysty. Była tam również dziewczyna oświetleniowca. Wszyscy są bardzo miłymi ludźmi. Nie mają tego podejścia w stylu: „Jestem operatorem kamery, możesz to zrobić jeszcze raz?” Jest w tym coś z wielkiej sztuki portretowania. Tu chodzi o relacje, o zaufanie.

Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że w efekcie powstał jeden z najlepszych filmów o muzyce tanecznej w historii. Nasycony barwami obraz mówi więcej o doświadczeniu, jakim jest uczestnictwo w tego rodzaju koncertach, niż dziesiątki wywiadów. Jakiekolwiek metody zastosował Smith, udało mu się uchwycić to, co zwykle pozostawało nieuchwytne dla wielu innych autorów filmów o podobnej tematyce: moment, w którym jak ujmuje to reżyser, „jesteś pogrążony w muzyce”. – Udało mu się przekazać emocje tej chwili – potwierdza Rowlands. – A jest to bardzo trudne, ponieważ jest w tym coś ulotnego.

– Nie wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach ludzie są bardzo zaabsorbowani muzyką – mówi Simons. – Ściągają ją z sieci, oglądają klipy na YouTube. Kiedy ktoś mówi mi: „Słuchałem tego kawałka”, zastanawiam się, czy polegało to na słuchaniu go przez głośniki w jego komputerze. Dostaję sporo informacji od ludzi na Twitterze. Pytają mnie: „Co mam robić, kiedy pójdę na ‘Don’t Think’? Czy będę mógł tańczyć w kinie?”

Simons śmieje się. – No cóż, jeśli masz ochotę, możesz to zrobić – odpowiada. – Ale mi podoba się to, że ludzie będą mogli po prostu posłuchać bardzo głośno naszej muzyki.- Alexis Petridis/Guardian [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Tindersticks – „Something Rain”.

Po wspaniałym odrodzeniu, jakim był poprzedni krążek Anglików – „Falling Down A Mountain”, mamy kolejny dowód na to, że Tindersticks mają się lepiej niż dobrze. Wciąż czarują, wciąż jest w nich piękna poetycka melancholia, której trudno się oprzeć.

„Something Rain” to płyta w pewnym stopniu otwierająca nowy rozdział w karierze Tindersticks. Zespół zakończył współpracę z renomowaną wytwórnią 4AD i założył własną wydawniczą działalność gospodarczą pod nazwą Lucky Dog. Delikatne zmiany usłyszymy również w brzmieniu. Płyta jest mniej wygładzona, nieco „przybrudzona”, bardziej organiczna. Ma podtekst osobisty, bo dedykowana jest zmarłym w minionych kilku latach przyjaciołom muzyków Stąd nie ma takiej afirmacji życia, jaką na „Falling Down…” była na przykład „Harmony Around My Table” oraz „She Rode Me Down”. Nawet dość energiczna „This Fire Of Autumn” z nowego krążka epatuje raczej rozpaczą niż chęcią do życia.

Piosenki płyną dość spokojnie, przetykane od czasu do czasu zadziorną gitarą, smyczkami albo dęciakami. Choć „Something Rain” można nazwać nowym rozdziałem, ciężko byłoby nie zauważyć, że Anglicy niezmiennie zachwycają cudnym stopniowaniem emocji i napięcia w piosenkach. Dobrym przykładem jest chociażby „Show Me Everything”, w której głos Stuarta A. Staplesa z tła podmalowuje kobiecy wokal, a oba głosy przecinane są przez oszczędnie drapieżną przesterowaną gitarę. Nie brakuje hipnotyczności, finezji, baśniowości, uroczej melancholii, kołyszącej, rozmarzonej poetyckości. Tindersticks wciąż chętnie spoglądają w stronę subtelnego jazzu, psychodelii i adaptują z nich coś dla siebie. Udanie pokazują to w jednym z najlepszych na płycie niepokojącym „Frozen”. I niezmiennie lubią ilustrować dźwiękiem. Podobnie jak we wspomnianej już „She Rode Me Down”, pejzaż, który namalowali („Goodbye Joe”), ma westernowy kolor. Aczkolwiek tutaj jest on spokojniejszy, bardziej skłaniający do refleksji niż myślenia o szalonym rodeo. I trochę mi głównym muzycznym tematem z „Nocnego kowboja” zalatuje.

„Something Rain” wyróżnia też to, że komponował nie tylko Staples. Główna postać Tindersticks dopuściła do pisania piosenek kolegów lub współpracowników (David Boulter, Dan McKinna, David Kitt), co okazało się udanym posunięciem. Nie ma rewolucji, lecz z albumu bije dobra chemia. Czuć, że panowie się rozumieją, świetnie uzupełniają. Tindersticks wspaniale odrodził się płytą „Falling Down A Mountain”, a przez „Something Rain” pokazuje, że jest organizmem skonsolidowanym, funkcjonującym sprawnie, starającym się z wyczuciem odświeżać formułę. Wychodzi to bardzo dobrze, z czego cieszę się niezmiernie [przyp. Lesław Dutkowski]. źródło onet [linki oraz zdjęcia ~b69s]

GOTYE – „Making Mirrors”.

Jeśli myśleliście, że Belg z Australii nagrał tylko jedną piosenkę, to chyba warto sięgnąć po jego trzecią solową płytę i się przekonać, czy macie rację.

„Somebody That I Used To Know” to ten sam casus, co sławetny „Jożin z Bażin”. Piosenka staje się internetowym wirusem, rozpowszechnianym głównie na Facebooku. Im więcej osób się nią podzieli, tym większą zyskuje popularność, która na sukces artysty przekłada się dopiero w momencie powstania ogromnej ilości mniej lub bardziej śmiesznych przeróbek. Najlepiej z Hitlerem i kotami. Kiedy to nastąpi, kończy się żywot piosenki, a zaczyna internetowy mem. Taka przygoda spotkała Gotye, pod którym to pseudonimem ukrywa się Walter De Backer. Belg podąża śladami Phila Collinsa, perkusję zamienia na wokal i radzi sobie coraz lepiej.

Nie jest bynajmniej tak, że nową płytę nagrał tylko po to, żeby sami-wiecie-jaka-piosenka ukazała się na krążku długogrającym. Jeśli Belg zostanie jak Nena czy Omega autorem jednego, światowego hitu, będzie to dużą dla niego szkodą, bo ma sporo do zaoferowania. Jego poprzedni album „Like Drawing Blood” ukazał się w 2006 roku niedługo przed solowym debiutem Thoma Yorka ~ wspominam o tym dlatego, że De Backer ma podobne ambicje (tworzenia dobrego, alternatywnego i elektronicznego popu), ale w jego wypadku zabrakło przede wszystkim doświadczenia i osłuchania z nowymi nurtami. Przez ostatnie kilka lat nie próżnował. Na „Making Mirrors” jest wszystko to, co na przyzwoitym albumie być powinno. Trąbka w „In Your Light”, surowe elektro, ale i zręczny gitarowy riff w „Easy Way Out” i sporo retromanii. Przebojowe i proste „I Feel Better” to jednak ukłon prosto w stronę the Police, a nie Hot Chip, którzy nagrali kawałek identycznie zatytułowany. Gotye jest jednak o wiele bardziej przaśny. Ze swojego słabowitego głosu robi jak najlepszy użytek, chociaż jego góry są męczące (no, chyba że ktoś naprawdę kocha Stinga i liczy na to, że Kydryński go puści w niedzielę). O wiele bardziej wolę Belga szepczącego, do czego jest skłonny na drugiej połowie płyty. Kończące płytę kawałki „Giving Me A Chance” i „Bronte” mają całą delikatność i zmysłowość, której brakuje w sami-wiecie-jakiej-piosence. Jasne ~ jak powiedział Hitler ~ jeśli to jest indie, to Scorpionsi grają krautrocka, ale nie sposób Belgowi odmówić alternatywnego gustu. To dzięki niej obok ocierających się o reggae „State of the Art” są wcześniej wspomniane piosenki, które są dowodem na chillwaveową wrażliwość. Gotye odrobił pracę domową i przesłuchał co się w ostatnich latach w muzyce działo. Nasłuchał się nawet za dużo, bo teraz nie może się zdecydować, co chce grać.

Podobnie, jak w przypadku albumu Lany Del Rey, na płycie Gotye może razić eklektyczność i mieszanie styli, z którego niewiele wynika. Jego piosenki chwilę stoją obok kompozycji Neon Indian, żeby zaraz oddalić się na koncert Stinga. „Save Me” brzmi jakby zostało Belgowi podarowane przez chłopców z Klaxons. A sami-wiecie-jaka-piosenka? Ładna, ale jeszcze raz ją ktoś wklei na walla, to sio ze znajomych.- Bartosz Sadulski – źródło onet.pl [linki oraz zdjęcia ~b69s]