~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Współtworzył Dead Can Dance, jeden z najbardziej charyzmatycznych i oryginalnych zespołów w historii muzyki popularnej. Dzisiaj, po latach milczenia, wrócił na scenę z solowym albumem „Ark”. Brendan Perry opowiada o planach jego kultowego zespołu (a są takie!), punkrockowych początkach i różnych rodzajach miłości. A także o tym, jak futra i kryształy stanęły na jego drodze na polskie stadiony.

[Oficjalna strona] > brendan-perry.com

Występowałeś już w tym roku w Polsce dwukrotnie, w tym na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Tymczasem w tym, co robisz, niewiele jest teatru.

Brendan Perry:

To był festiwal piosenki aktorskiej? Ach, teraz już rozumiem, dlaczego anonsowano nas hasłem „Przygotuj się na multimedialny spektakl”. (śmiech) A może to nie we Wrocławiu tak nas reklamowali? Tak czy owak, było naprawdę fajnie. Ludzie, którzy przyszli na koncert, wiedzieli jakiej muzyki się spodziewać, znali wszystkie utwory D C D.

Spotkałeś Lisę Gerrard we Wrocławiu ? Występowała bodaj dwa dni po Tobie.

– Rozminęliśmy się o jakieś 12 godzin. Ale to nic, jesteśmy w stałym kontakcie. Ostatnio rozmawialiśmy nawet o kolejnej trasie i nowej płycie Dead Can Dance. To perspektywa kilkuletnia, bo dopiero rozpoczęliśmy pracę, ale myślimy o napisaniu paru kompozycji na kilkunastoosobową orkiestrę kameralną. Potem pojechalibyśmy z tym materiałem w trasę, a na końcu nagralibyśmy płytę. Taki jest plan.

Cytowaliście w Dead Can Dance muzykę afrykańską, kiedy była jeszcze nieznana w Europie i niemodna. Dzisiaj przeżywamy prawdziwy boom na artystów z Afryki. Co takiego szczególnego mają do zaoferowania?

– Dobrze się stało, że wreszcie została doceniona, bo to wspaniała muzyka, najwyższej próby. Weźmy na przykład artystów z Mali – w ich kompozycjach pojawiają się melodie, do których nie nawykło nasze ucho, które wykraczają daleko poza skalę pentatoniczną. Imponują pięknem i niesamowitą głębią.

– Cała ta kultura griotów, wędrownych poetów i pieśniarzy to wspaniała sprawa, przypominająca zresztą podobną tradycję celtycką. Bardowie przecież w podobny sposób podróżowali z wioski do wioski i wyśpiewywali ludziom, co dzieje się za górami. Mieli fenomenalną pamięć.

Na tym opieraliście muzykę Dead Can Dance – na owocach odległych kultur, które podane razem okazywały się zaskakująco sobie bliskie.

– Bo wykształcił je podobny mechanizm społeczny. Interesuje mnie muzyka, która wyrasta ze społeczeństwa i jego tradycji, w odróżnieniu od muzyki pop, którą włączasz jednym naciśnięciem guzika po powrocie z pracy. To już nie jest kultura wysoka, to po prostu konsumpcja.

Deklarujesz się jako wyznawca rytmu, a na twoim solowym debiucie „Eye Of The Hunter” instrumentów perkusyjnych prawie nie było. Dlaczego?

– Tamta płyta była właściwie luźnym zbiorem piosenek, które na przestrzeni pięciu lat pisałem, kiedy miałem wolną chwilę. Jednorazowe zboczenie z mojej artystycznej drogi w kierunku folku i bluesa. „Ark” natomiast jest już naturalną kontynuacją tego, co robiłem w Dead Can Dance. 80, może 85 procent materiału Dead Can Dance sam komponowałem, aranżowałem, nagrywałem i produkowałem, więc nie mogłem uciec daleko.

– Ludzie mówią, że „Ark” brzmi jak Dead Can Dance bez Lisy Gerrard i to prawda, ale z drugiej strony brzmienie tego materiału jest bardzo współczesne, sporo tu elektroniki. Partie perkusji i basy zostały wygenerowane syntetycznie, ale towarzyszą im naturalne dęciaki, smyczki i chóry. Gdy już narysuję mapę jakiegoś muzycznego terytorium, nie lubię tam wracać. Chciałem, żeby „Ark” miało coś z zimnego brzmienia muzyki industrialnej, ale też żeby była w tym przestrzeń.

Muzyka elektroniczna to twoja nowa pasja, czy po prostu dopiero teraz pełniej dochodzi do głosu?

– Zawsze uwielbiałem elektronikę. Szczególnie Niemców z pierwszej połowy lat 70. Poza tym jestem zachwycony rozwojem technologii, tym z jaką łatwością można dzisiaj uzyskać te wszystkie niesamowite brzmienia. Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w to jako twórca, ale przy „Ark” poczułem, że domaga się tego materiał. W tym teksty, bo poruszam w nich bardzo aktualne tematy, takie jak ekologia, klimat polityczny naszych czasów, neokolonialne konflikty…

Czy to znaczy, że mniej zajmujesz się sobą, a bardziej światem?

– Ale to są bardzo osobiste teksty! Pełno w nich frustracji i gniewu, ale też miłości i nadziei.

Podobno po zimnym i elektronicznym „Ark” przyjdzie czas na płytę rockową, prawda to?

– Pracę nad „Ark” ukończyłem w październiku 2009 i od tamtego czasu napisałem trzy nowe utwory, w których rzeczywiście pojawia się brzmienie gitary elektrycznej. To „Eros”, „The Golden Rule” i „Love on the Vine” – trylogia miłosna. Chodzi zarówno o miłość intymną, osobistą, jak i jej społeczny kontekst. Także o filozoficzne ujęcie idei miłości.

Masz na myśli eros czy agape?

– Jedno i drugie. „Eros” to utwór o mojej żonie, o czasie kiedy miłość pomiędzy nami zaczęła rozkwitać. „Love on the Vine” to już znacznie szersza perspektywa. Wino jest tu metaforą życia. Jego pnącza symbolizują czas, kontynuację, dzieci, klan, społeczność. Niektóre z nich usychają, ale w ich miejscu pojawia się nowa, zdrowa gałązka. Wiosną życie zatacza pełny cykl, odradza się. Często korzystam z metafor zaczerpniętych ze świata przyrody… „The Golden Rule” z kolei traktuje o miłości do muz, do mądrości. To starożytny, grecki koncept. Oto i agape.

Gałęzie twojego krzewu winnego nie rosną już dzisiaj w takim tempie jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Wielu ludzi nie potrzebuje już oparcia w rodzinie, wybierają samotnicze życie, bo tak łatwiej nadążyć za przyspieszającym światem, bo mniej obowiązków, bo można podróżować…

– To prawda. Ta współzależność, która daje oparcie w rodzinie, nie jest dzisiaj na Zachodzie wartością szczególnie cenioną, ale większa część ludzkości wciąż się na niej opiera. Na Zachodzie wracamy do jaskiń, klany zastępujemy internetową siecią przyjaciół. Niestety z prawdziwą przyjaźnią te relacje nie mają nic wspólnego. Żyjemy w społeczeństwie, które traci duszę.

Kupiłeś kościół niedaleko miasteczka Belturbet w Irlandii, wyremontowałeś i urządziłeś tam studio. Dlaczego akurat to miejsce?

– Z tamtego regionu pochodzi moja matka. Byłem kiedyś na grillu u przyjaciela, który mieszka po drugiej stronie jeziora i to on powiedział mi, że jest taka okazja. Większość domów na wsi jest mała i gdybym chciał mieć profesjonalne studio nagraniowe, musiałbym wznieść nowy budynek. Tymczasem kościół Quivvy, nie dość, że piękny, to jeszcze spełniał wszystkie techniczne wymagania i ma cudowną akustykę. Stał pusty od jakichś pięciu lat i był bardzo tani, bo nikt nie był nim zainteresowany. Może potencjalnych kupców odstraszał brak prądu czy bieżącej wody? Tak czy owak, nie zastanawiałem się ani sekundy. Powstała Świątynia Dźwięku, w której rodzi się moja muzyka.

Jak w tym przypadku wyglądają proporcje pomiędzy świątynią a dźwiękiem? Czy zdecydowałeś się na kupno Quivvy, dlatego, że to kościół?

– Nie, nic z tych rzeczy. Uwielbiam to miejsce, ale bardziej uduchowiony czuję się, gdy wychodzę stamtąd na pola, gdy spaceruję nad jeziorem. Natura tak na mnie działa. A mój kościół daje mi izolację. Wchodząc do niego, opuszczam zewnętrzny świat, mogę w spokoju realizować swoje wizje. Natomiast jeśli chodzi o sprawy ducha to owszem, wierzę że jest coś takiego jak duch wspólnoty, którego dzielimy z innymi ludźmi, ale nie jestem religijny, ani trochę.

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego Dead Can Dance, choć wielbiony przez wielu, nie znalazł licznych naśladowców? Czemu tak niewiele grup poszło w wasze ślady?

– Byliśmy jak motyle w ogrodzie, przefruwaliśmy z kwiatka na kwiatek, czerpiąc inspiracje z bardzo różnych rodzajów muzyki. A przy tym łączyliśmy to z wielkim poświęceniem, zatracaliśmy się w muzyce, wszystko potrafiliśmy jej poświęcić. Może innym brakuje tego rodzaju determinacji? Nie oceniam, po prostu idą inną ścieżką… Poza tym, dobrze się z Lisą dobraliśmy, nasze głosy świetnie się uzupełniały, a przy tym oba były bardzo charakterystyczne i elastyczne zarazem. To wszystko sprawiło, że droga, którą przeszliśmy nie jest łatwa.

Podobno zaczynałeś od punk rocka, w dodatku w Nowej Zelandii.

– Jakoś trzeba zacząć. (śmiech) Byłem zbuntowanym młodym człowiekiem, miałem 17 lat i chciałem się wyrwać z domu. Dołączając do The Scavengers poczułem się niezależny, wiedziałem, że mogę robić co chcę. Ta aura pociągała mnie znacznie bardziej, niż fakt grania muzyki. Nie chciałem się tym zajmować, sądziłem, że to nie dla mnie.

– Zacząłem grać na gitarze, kiedy miałem 15 lat i byłem potem na przesłuchaniach w kliku zespołach, ale zawsze słyszałem, że się nie nadaję, że nie mam wystarczająco dobrej techniki. Ale kiedy zobaczyłem The Scavengers na scenie, doszedłem do wniosku, że to umiałbym zagrać, że w tej muzyce nie technika się liczy, ale ekspresja. Spotkałem ich potem na imprezie i zapytali czy to prawda, że gram na basie. „Jasne” – odpowiedziałem, choć nigdy nie miałem gitary basowej w rękach. Doszedłem jednak do wniosku, że to nie może być takie trudne. (śmiech) „Dobra stary, jesteś przyjęty. Bądź w sobotę na dworcu” – usłyszałem.

– Dostałem tę robotę, chociaż nie słyszeli jak gram. Spodobał im się za to mój angielski akcent, bo pasował do punkowego image’u. (śmiech) Pojawiłem się więc na tym dworcu i okazało się, że jedziemy do Wellington, żeby wystąpić w telewizji, na żywo, w nowozelandzkim odpowiedniku programu „Top Of The Pops”. Chociaż wcześniej z nimi nie grałem, nawet na próbie, zrobiłem to i od tamtej pory nigdy nie obejrzałem się za siebie.

Jak myślisz, dlaczego muzyka Dead Can Dance tak bardzo spodobała się w Polsce. Niewiele jest chyba miejsc na świecie, gdzie mielibyście tylu fanów.

– Nie mam pojęcia. Ale pamiętam jak pod koniec lat 80., chyba po wydaniu „Within the Realm of a Dying Sun”, ktoś zaproponował nam trasę po Polsce. Pięć stadionów! Jeśli są rzeczy w życiu, których nie zrobienia żałuję, ta jest jedną z nich… Ktoś nam jednak powiedział, że polski złoty jest bez wartości, że za nasze honorarium powinniśmy kupić u was futra i kryształy, i potem sprzedać je w Anglii. Wydawało nam się to zbyt skomplikowane i ryzykowne. Byliśmy wtedy wciąż kapelą na dorobku, nie mieliśmy żadnej kasy, nie mieliśmy nawet menedżera, który mógłby nam coś rozsądnego doradzić. „Pieprzyć to!” – machnęliśmy ręką i choć to rzeczywiście był szalony pomysł, bardzo żałuję, że się nie odważyliśmy.    

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s