~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Człowiek z Księżyca

Jeden z najgłośniejszych filmów science fiction ostatnich lat ~ „Moon” ~ wreszcie dotarł do polskich kin. Kim jest twórca kosmicznego debiutu?

Z jakiej planety pochodzi Duncan Jones? Żeby się tego dowiedzieć, wystarczy uważnie obejrzeć jego film. W sterylnej bieli stacji kosmicznej niejaki Samuel Bell [Sam Rockwell] hoduje roślinki. Podlewa je, spryskuje wodą, a przede wszystkim czule do nich mówi, nazywając te rachityczne kwiaty imionami: Ridley, Kathryn, Douglas, George. I wszystko jest jasne jak słońce: Scott z „Łowcą androidów”, Bigelow z „Dziwnymi dniami”, Trumbull z „Niemym wyścigiem”, Lucas z „Gwiezdnymi wojnami” ~ to oni ukształtowali wyobraźnię i smak młodego reżysera [stażem, nie wiekiem, gdyż liczy sobie lat 39].

„Moon” to całkowite przeciwieństwo produkcji takich jak „Avatar” ~ niskobudżetowy [powstał za pięć milionów dolarów], skromny film w stylu retro, sentymentalna podróż do kina lat 70′ i wczesnych 80′, sprzed eksplozji komputerowych efektów specjalnych. Jones kłania się nisko przede wszystkim „2001: Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka i choć nie nazwał jego imieniem żadnej z roślin, to umieścił w „Moon” rozliczne odwołania do mistrza i jego dzieła ~ od muzyki klasycznej towarzyszącej scenom w kosmosie, przez elegancki fotel, który fani pamiętają z „Odysei…”, po inteligentnego robota Gerty’ego [przemawia kojącym głosem Kevina Spaceya], którego starszym bratem jest niewątpliwie HALL 9000. Gerty to jedyny towarzysz Samuela, który właśnie kończy swój trzyletni kontrakt na Księżycu, gdzie pracuje dla firmy Lunar Industries pozyskującej tu energię.

Fotografie na ścianach, nieszczególnie efektowny sprzęt, przybrudzony skafander, fasolka na śniadanie i przydeptane kapcie: gdybyśmy dziś zamieszkali na innej planecie, nas też z pewnością otaczałyby zwykłe sprzęty, a nie żaden high-tech. Ta codzienność w kosmicznej scenerii to jedna z zalet nastrojowego, świetnie sfotografowanego filmu, któremu towarzyszy kapitalna, sącząca podskórne napięcie muzyka samego Clinta Mansella [pamiętacie jego doskonałą ścieżkę dźwiękową do „Requiem dla snu”?]. Jones tchnął życie w pozornie martwą rupieciarnię dawnego kina s.f., ale nie poprzestaje na zabawie. Koncentruje się przede wszystkim na stanie umysłu głównego bohatera z samotności powoli wpadającego w szaleństwo. Ha! Tylko czyj to tak naprawdę umysł? Co znaczy „jestem”? Kim właściwie byłem? Czy ciało jest jak skóra, którą można zrzucić? Czy nasza świadomość da się zaszczepić innym? Czy ten film w ogóle ma bohatera, czy są tu tylko jego cienie? „Moon” stawia filozoficzne pytania, konfrontując Samuela z jego samotnością, totalnym wyobcowaniem i… jeszcze kimś. Ten film to aktorski popis Rockwella w podwójnej roli Samuela, człowieka uchwyconego w dwóch różnych momentach, na dwóch różnych etapach.

Syn swego ojca
Ale jest jeszcze jedna odpowiedź na pytanie, z jakiej planety pochodzi Duncan Jones. Jego artystyczni rodzice to słynni twórcy s.f., ale ci prawdziwi są chyba jeszcze słynniejsi ~ ojcem Jonesa jest bowiem sam David Bowie, jego matką była modelka Angela Barnett. Owa para w latach 70. była tak zajęta podróżami, koncertami, ekscesami, narkotykami i erotycznymi przygodami, że na wychowywanie dziecka stanowczo brakowało jej czasu. Barnett dość szybko w ogóle zrezygnowała z opieki nad Duncanem Zowiem Haywardem Jonesem i choć później przez lata sporadycznie się spotykali, dziś syn nie utrzymuje z nią żadnych kontaktów. David Bowie zaś umieszczał syna w dobrych szkołach i daremnie próbował nauczyć go gry na jakimkolwiek instrumencie. W końcu Zowie Bowie zmienił nazwisko na Duncan Jones i wyjechał z Europy do USA, by studiować filozofię w Ohio.

Gdy kolejne lata życia chciał spędzić w równie spektakularnym miejscu, jakim było Nashville, ojciec ściągnął go do Nowego Jorku na plan „Zagadki nieśmiertelności” Tony’ego Scotta. Tu po raz pierwszy chłopak zafascynował się kinem. Za namową Scotta złożył papiery do London Film School i zaczął pracę jako reżyser wideoklipów i reklam. „The Moon” jest jego fabularnym debiutem wyprodukowanym przez żonę Stinga Trudy Styler, która pomogła nie tylko zebrać pieniądze, ale też ułatwiła debiutantowi kontakty, na przykład z Kevinem Spaceyem. Ten ostatni tak bardzo wątpił w możliwość zrealizowania poważnego s.f. za pięć milionów dolarów, że zgodził się użyczyć głosu Gerty’emu dopiero po obejrzeniu filmu.

„Moon” okazał się sukcesem, i to ogromnym. Po premierze w Sundance w 2009 roku odbył triumfalny festiwalowy pochód i zebrał masę nagród. Wśród najważniejszych wystarczy wymienić dwie: British Independent Film Award i BAFTA dla najlepszego debiutującego reżysera, scenarzysty i producenta. Odbierając tę ostatnią, Jones niemal płakał ze szczęścia. ~ Cholernie dużo czasu zabrało mi odkrycie, czego naprawdę w życiu chcę – mówił wzruszony. – I wreszcie robię to, co naprawdę kocham.

A co najważniejsze ~ my też to kochamy.

Małgorzata Sadowska
„Przekrój” 36/2010

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s