~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Obywatel Kane/Powrót arcydzieła

Cztery dowody na wielkość „Obywatela Kane’a”, którego znów można oglądać w kinach.

1. KINO KARMI SIĘ NIM DO DZIŚ
Wielkość „Obywatela Kane’a” wcale nie objawiła się od razu. Otoczony aurą skandalu, za drogi i nazbyt jak na wymagania widzów lat 40. skomplikowany był spektakularną klapą. Owszem, krytycy pisali o filmie Wellesa przychylnie, Akademia przyznała mu nawet Oscara za scenariusz, ale wyjątkowość tego dzieła dostrzegło niewielu. Pierwszy był Jorge Luis Borges, który nazwał go „metafizyczną historią detektywistyczną” i uznał za dowód, że kino może być czymś więcej niż tylko rozrywką. Ale dopiero na początku lat 50. francuski krytyk André Bazin dostrzegł w nim syntezę dotychczasowych zdobyczy kinematografii ~ od eksperymentów Eisensteina, przez dokonania ekspresjonistów, po hollywoodzkie kino gatunków. Wielowątkowość, skomplikowana struktura, przekraczanie gatunkowych barier ~ tym wszystkim kino karmi się do dziś. I dlatego „Obywatel Kane” okazał się dziełem z wyjątkowo długim terminem przydatności do spożycia. Dziwnie nie chce się zestarzeć.

2. MA NAJLEPSZEGO MACGUFFINA
Wprowadzenie do języka kina pojęcia „MacGuffin” przypisuje się Alfredowi Hitchcockowi, ale Welles sztuczkę z nieistotnym dla fabuły szczegółem, który ma jedynie popychać akcję naprzód i intrygować widza, zastosował równie skutecznie. W „Obywatelu Kanie” owym MacGuffinem jest słynna „Różyczka” ~ ostatnie słowo wypowiedziane przez umierającego magnata prasowego Charlesa Fostera Kane’a. Zagadkę „Różyczki” stara się wyjaśnić dziennikarz, podążając w przeszłość zmarłego. Ani przez chwilę nie wątpimy, że znajdzie odpowiedź, i zupełnie nie wiedząc kiedy, wpadamy w pułapkę zamkniętego w przedmiocie sposobu na rozkręcenie akcji. Nie zastanawiamy się nad tym, kto mógł usłyszeć ostatnie słowo Kane’a, który przecież umierał w samotności. Śledztwo w sprawie „Różyczki” okazuje się jedynie pretekstem do stopniowego odkrywania złożonej prawdy o życiu magnata. Dosłowne wyjaśnienie tajemnicy nie ma znaczenia, liczy się metaforyczny i symboliczny sens. Genialnie prosty i choć wiadomo jak zrobiony chwyt wciąż działa.

3. ZAPOCZĄTKOWAŁ EKSPERYMENTY
„Obywatel Kane” to nie tylko manifest ówczesnych możliwości kina, lecz także feeria eksperymentów. Nowatorski był sam pomysł, by opowiedzieć biografię bohatera fragmentarycznie i z różnych punktów widzenia. Na filmie Wellesa studenci szkół filmowych do dziś uczą się o wykorzystanej na nieznaną wcześniej skalę głębi ostrości; o montażu wewnątrzkadrowym, czyli technice pozwalającej śledzić akcję równocześnie na kilku planach; o innowacyjnym zastosowaniu dźwięku; o wplataniu zdjęć wystylizowanych na dokumentalne czy absolutnie rewolucyjnej metodzie filmowania wnętrz. Chyba żaden film w historii nie wniósł do języka kina tylu nowinek naraz, z których korzystało później wiele pokoleń filmowców. Rację miał François Truffaut, gdy twierdził, że wszystko, co po 1940 roku było w kinie ważne, nosi mniejszy lub większy ślad dzieła Orsona Wellesa.

4. STWORZYŁ BOHATERA, JAKIEGO NIE BYŁO
Kiedy „Obywatel Kane” był już ukończony, wydawca Randolph Hearst, król amerykańskiej prasy, dopatrzył się w nim ~ poniekąd słusznie ~ własnej biografii. Jego gazety zbojkotowały film, a sam Hearst chciał nawet wykupić i zniszczyć negatyw. Siebie na ekranie zobaczył także (i też poczuł się urażony) sławny producent, „awiator” Howard Hughes.
„Obywatel Kane” skrzy się również od wątków autobiograficznych. Prawdziwe historie Welles mistrzowsko przerobił na psychologiczny i socjologiczny portret człowieka pełnego sprzeczności. Portret fascynujący złożonością, o jaką i w dawnym, i w dzisiejszym kinie trudno, genialnie lawirujący między subiektywnymi opiniami, uciekający od czarno-białego osądu. Opowiedział o utracie niewinności, dobrych intencjach i pułapkach pogoni za sukcesem, o egoizmie, samotności i duchowej klęsce. Ta opowieść nie tylko imponuje niemal współczesną formą, ale też zwyczajnie porusza emocje, choć teoretycznie nie powinna, operując chłodną, zdystansowaną, subiektywną narracją.
Dla samego Orsona Wellesa losy jego filmowego bohatera okazały się zresztą poniekąd prorocze. Wobec kasowej klęski utracił pełną kontrolę produkcji swoich następnych filmów i w istocie został wygnany z Hollywood. Nigdy już nie nakręcił filmu o choćby zbliżonej artystycznej randze.-                     Wojtek Kałużyński
„Przekrój” 37/2010

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s