~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Blonde Redhead/Nie jesteśmy na celowniku mediów

Rozmowa z Simonem Pacem, perkusistą amerykańskiej grupy Blonde Redhead

Renomę na mapie nowojorskiego alternatywnego rocka wyrobili sobie już dekadę temu. Popularność i największy komercyjny sukces przyniósł im album „23” z 2007 roku. Ich najnowsze wydawnictwo „Penny Sparkle” ma niewiele wspólnego z rockiem, ale wystarczy je raz przesłuchać, by nie mieć z tym żadnego problemu.

Blonde Redhead powstali w 1993 roku. Nazwę zaczerpnęli od tytułu piosenki grupy DNA. Dziś tworzą go: japońska wokalistka Kazu Makino oraz urodzeni w Mediolanie bliźniacy: perkusista Simone i gitarzysta Amedeo Pace. Wczesne płyty, „Can Be Just as Good” czy „In an Expression of the Inexpressible”, sytuowały trio w nurcie niezależnego rocka, bliskiego starej szkole Sonic Youth. Począwszy od „Misery Is a Butterfly” (2004) styl grupy uległ wyraźnej zmianie. Blonde Redhead skierowali się w stronę muzyki bardziej wysublimowanej eterycznej, czasem ocierającej się nawet o pop.

Nakładem kultowej wytwórni 4AD właśnie ukazało się ich najnowsze dzieło. Na „Penny Sparkle” jest dużo muzyki ilustracyjnej, wzbogaconej o elektronikę, instrumentalne pasaże i śpiew rodem z zaświatów… O jej szczegółach opowiada Simona Pace, ale na rozmowie o płycie, rzecz jasna ta opowieść się nie kończy.

Nie męczą was pytania w rodzaju: „Jak to jest grać w zespole składającym się z włoskich bliźniaków z i japońskiej wokalistki”?

SIMONE PACE: Nie znosimy ich. Nasze relacje są takie jak w każdej innej grupie. Z zespołem jest jak z małżeństwem ~ trzeba iść na kompromisy i nie można się wywyższać, a wtedy wszystko jest dobrze. Tyle że tu akurat płeć, pochodzenie czy relacje rodzinne mają znacznie drugorzędne.

Jak wylądowaliście w Nowym Jorku?

Przenieśliśmy się z bratem do Ameryki jakiś czas po tym, jak nasi rodzice dostali pracę w Kanadzie. Studiowaliśmy jazz, graliśmy z wieloma muzykami. Kazu przyjechała tu w poszukiwaniu nowych wrażeń i inspiracji. Poznałem ją dzięki Amadeo, u którego uczyła się gry na gitarze. I tak się nasza współpraca rozpoczęła. Początkowo szła trochę opornie. Graliśmy jako kwartet, nie do końca się wzajemnie inspirując. Po wydaniu pierwszej płyty staliśmy się triem i dopiero wtedy naprawdę między nami zaiskrzyło. Nowy Jork jest naszą bazą, choć wcale nie czujemy się Amerykanami.

Czy multikulturowość tego miasta ma na waszą muzykę jakiś wpływ?

Nie bardzo. Jest to miejsce bardzo ciekawe, bije z niego niesamowita energia. Może wiele zaoferować, ale potrafi też to bezwzględnie odebrać. Nie jesteśmy jednak częścią tutejszej sceny, mimo że kumplujemy się z kilkoma zespołami. Zawsze woleliśmy trzymać się z boku. Na naszych płytach nie ma nic nowojorskiego.

Ta najnowsza, „Penny Sparkle”, to niezwykle surrealna podróż przez różne nastroje. O ile kiedyś uznawano was za zespół gitarowy, teraz już naprawdę niewiele macie wspólnego z rockiem. Jego bardzo odległe echa można usłyszeć jedynie w kompozycjach „Not Getting There” i „Everything Is Wrong”.

Nigdy nie myślałem o nas jako o grupie rockowej, mimo że bardzo kochamy gitarowe brzmienie. Nie zastanawiamy się nad klasyfikacjami. Gramy swoje.

Ale o ile na tej płycie podążacie dream-popowym śladem dwóch poprzednich krążków „Misery is a Butterfly” i „23”, wcześniej wrzucano was do sceny alternatywnego rocka, wskazując nawet na następców Sonic Youth.

Naprawdę nie myślimy o takich rzeczach, są poza naszą świadomością. Uwierzysz czy nie, nawet w połowie pracy nad płytą nie mamy pojęcia, jak będzie brzmiała. Ciągle się zaskakujemy.

Co was w takim razie najbardziej zaskoczyło podczas tworzenia „Penny Sparkle”?

Och, to był naprawdę szalony proces, który zajął nam dobre pół roku. Czasem nie wiedzieliśmy, kto z nas się gdzie znajduje i nad czym obecnie pracuje [śmiech]. Mimo to trzymaliśmy swoje tempo, czyli nigdzie się specjalnie nie spieszyliśmy. Po kilku miesiącach odwiedził nas człowiek z wytwórni. Zasugerował, byśmy oddali utwory w producenckie ręce zawodowców ze Szwecji, którzy robili między innymi płytę Fever Ray [Van Rivers i The Subliminal Kid – Onet.pl]. Zgodziliśmy się.

Dlaczego akurat ich zaproponował?

Cóż, są tańsi niż Amerykanie [śmiech]. I na pewno nie gorsi. Kazu poleciała do Sztokholmu, by tę współpracę rozwinąć, a my zostaliśmy w Nowym Jorku. Wysyłane przez nią ścieżki poddawaliśmy dodatkowej obróbce przy pomocy Drew Browna [produkował płyty Becka, Charlotte Gainsbourg i Radiohead – Onet.pl]. W sumie też mieliśmy polecieć, ale nie za bardzo nam się chciało, więc ostatecznie to Szwecja przyjechała do nas. Bez Kazu, która jeszcze trochę w Sztokholmie została.

Nie lepiej nagrywać razem?

Cóż, gdyby nie  technika, pewnie robilibyśmy tę płytę z dziesięć lat. Poza tym potrzebowaliśmy trochę czasu, by się dogadać między sobą i z producentami. Niektóre wymiany zdań przypominały kłótnie, a nie dyskusje. Musieliśmy znaleźć właściwy kierunek dla muzyki i trzymać pod kontrolą własne ego. Efekt był tego wart, choć jest kombinacją kilku wizji.

Wasza muzyka rodzi się w bólach?

Jest to mozolny proces, choć absolutnie nie nazwałbym go katorgą. Tym razem było po prostu trudniej niż wcześniej.

Co chcecie wyrazić tytułem „Penny Sparkle”?

To po prostu imię konia, którego Kazu uwielbia. Jak pewnie wiesz, ona ma kompletnego bzika na punkcie tych zwierząt, spędza z nimi każdą wolną chwilę. Tytuł nie ma więc specjalnego znaczenia, ale każdy, kto go słyszy, lubi jego brzmienie. Bardzo piękne.

Cieszycie się olbrzymią renomą, z płyty na płytę poszerzacie grono fanów, a do inspiracji waszą muzyką przyznaje się wiele nowojorskich zespołów, w tym Interpol czy The Strokes. Mimo to nie osiągnęliście takiego sukcesu komercyjnego jak one. Czy nie jest to po tylu latach frustrujące?

Nie bardzo. Oczywiście dobrze jest się rozwijać, odwiedzać nowe miejsca i zyskiwać kolejnych zwolenników. Mam wrażenie, że coś takiego się właśnie z nami dzieje, z tą różnicą, że jest to proces powolny. I dobrze. Mamy to szczęście, że nie jesteśmy na celowniku mediów. Dzięki temu koncentrujemy się na tym, co najważniejsze, na muzyce. Gdyby trafił nam się hit, pewnie byśmy szybko zwariowali.

Napisaliście niedawno muzykę do dokumentalnego filmu „The Dungeon Masters” opowiadającego o kultowej grze fabularnej „Dungeons & Dragons”. Czym różni się takie doświadczenie od pracy nad własnym albumem?

Tym, że tworzysz dla kogoś i pod kogoś. Reżyser Keven McAlester od razu powiedział, że jest naszym wielkim fanem, więc dokładnie wie, jak powinna brzmieć ta muzyka. W ten sposób chyba za bardzo na nas wpłynął. Z części tej ścieżki dźwiękowej jestem zadowolony, z części nie bardzo, ale na pewno dobrze pasuje do filmu. Chciałbym, aby to nie była dla nas jednorazowa przygoda.

Wydacie to na płycie?

Prawdopodobnie tak. Myślimy o winylu.

Dlaczego o winylu?

Bardzo je lubię. Płyty kompaktowe również, ale winyle mają tę przewagę, że nie możesz ich ściągnąć. Choć my i tak nie możemy narzekać. Nasi fani bardzo chętnie kupują płyty, a my odwdzięczamy się im, przygotowując dla nich bardzo starannie wydane specjalne edycje.

Coraz częściej się mówi, że kompakty odejdą wkrótce do lamusa…

Nie sądzę. Jeśli włożysz trochę wysiłku i postarasz się, by płyta się dobrze prezentowała, ludzie to docenią i nadal będą chcieli ją kupić. Muzyka w wersji online, pozbawiona książeczki i oprawy graficznej, stanowi tylko część dzieła.

A denerwuje cię, gdy ktoś ściąga nielegalnie waszą muzykę?

Nie przejmuję się tym, a nawet jest w tym procederze coś, co mi się w pewien sposób podoba ~ fakt, że jest poza naszą i wytwórni kontrolą. Zlatuje anarchią [śmiech].

Na rozpisce wrześniowej trasy po Europie nie ma Polski. Kiedy w końcu nas odwiedzicie?

Czekałem na to pytanie [śmiech]. Bardzo bym chciał, by tym razem się udało, ale to nie zależy tylko od nas.

W jednym z wywiadów Kazu powiedziała, że choć bardzo lubi koncerty, prawie wszystko, co się poza nimi dzieje na trasie, jest dla niej strasznie dziwne i odrealnione. Czy ty też tak to odbierasz?

Po części tak. Z jednej strony porzucasz na jakiś czas swoje życie, w pewien sposób wychodzisz z niego i nagle wszystko staje się zmienne i niestabilne. Z drugiej, to bardzo wzbogacające doświadczenie. Masz wpływ na emocje mnóstwa ludzi. Mimo że zajmujemy się graniem od tylu lat, zawsze odbieram to jak dar. Jestem szczęściarzem, bo nie tylko chcę, ale i mogę.-

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Paweł Piotrowicz/ 2 września 2010/ źródło muzyka.onet.pl

> Official Website

Artwork by black69sun


Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s