~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Tindersticks/Falling Down A Mountain

Po jedenastu latach wreszcie doczekałem się dobrej płyty Tindersticks. Może nie tak całkiem po jedenastu ~ „Simple Pleasures” poznałem dopiero na początku 2003 roku (była przeceniona w krakowskim Empiku). Niby siedem lat. Ale pierwsze dziesięciolecie tego wieku nie było artystycznie dla nich zbyt udane. „Can Our Love” i „Waiting for The Moon” są po prostu nudne. Z “The Hungry Saw” jest nieco lepiej, ale w ogólnym rozrachunku to płyta mdła, rozlała i pozbawiona energii.

Do „Falling Down A Mountain” zabrałem się raczej z poczucia obowiązku, niż z własnej ochoty i nie spodziewałem się niczego specjalnego. Na szczęście zdarza się, że stary, doświadczony zespół, cierpiący od dobrych kilku płyt na artystyczną obstrukcję, potrafi stworzyć coś na poziomie, którego zwykło się od nich wymagać. Dlatego nie skreślam do końca Riverside.

Posłuchałem tego krążka i od razu poczułem dużą ulgę. Wreszcie nie muszę słuchać starych płyt Tindersticks żeby znaleźć ten niepowtarzalny klimat melancholijnej dekadencji, przyobleczony w formę znakomitych piosenek. Ulga na początek, a potem to już się cieszyłem, że to tak dobra płyta.

Właściwie Tindersticks przez te wszystkie lata praktycznie się nic nie zmieniło. Dalej jest to zespół wykonujące charakterystyczne piosenki, w których kotłują się wpływy Cave’a, Cohena, Birthday Party, knajpianego folku i nowej fali, czasem wzbogacone o elementy muzyki hiszpańskiej, a znakiem szczególnym jest charakterystyczny wokal Stuarta Staplesa ~ delikatnie rozwibrowany, nieco smutny. Zawsze w tej muzyce wyczuwalne było jakieś napięcie, nawet w tych najspokojniejszych utworach. Coś tam głęboko pulsowało ~ jakieś muzyczne dysonanse, nerwowy rytm perkusji, sam śpiew Staplesa.

Tindersticks już od pierwszej płyty było zespołem w stu procentach ukształtowanym muzycznie, z wypracowanym zupełnie własnym stylem, który przez te wszystkie lata nic się nie zmienił. Tutaj nie ma zupełnie co poprawiać. Z jednej strony dobrze ~ z drugiej strony nieco gorzej, bo zamknięcie się w pewnej formule, a tak mamy do czynienia w przypadku Tindersticks, powoduje, że niezbędny jest stały i nieprzerwany dowóz odpowiednio dobrych pomysłów. Bo to nie formuła się wyczerpuje, tylko kompozytorski koncept. W Tindersticks bez żadnych zgrzytów funkcjonowało to przez cztery płyty, potem była dekada regresu, a teraz poziom znowu pofrunął pod niebo. Oby jak najdłużej. „Falling Down…” czaruje nas jak za najlepszych czasów, dokładnie tym samym co wtedy ~ niepowtarzalnym stylem, delikatnymi, „ażurowymi” melodiami, specyficznie i bogato zaaranżowanymi. Sam początek płyty jest bardzo intrygujący ~ dwuminutowe, jazzowe solo na trąbce, a potem właściwie zaczyna się utwór tytułowy ~ znakomity zresztą, właśnie taki „zwiewny”, nastrojowy. Podobne to „Peanuts”, „Keep You Beautiful”. Melodiami, może już nie tak eterycznymi, a bardziej „singlowymi” wabią „Harmony Around My Table” i „She Rode Me Down”. Ale raczej i tak nic nie przebije finałowego instrumentala „Piano Music”. Przepiękny utwór, idealne zakończenie tej znakomitej płyty.

Chyba za szybko ogłosiłem nowe Jaga Jazzist moją płytą roku, bo Tindersticks nagrało jedną z najlepszych płyt w swojej karierze. Może nawet najlepszą. Muszę jeszcze raz przesłuchać „Courtains” i „Tindersticks 2nd”, żeby zdecydować.- źródło/ArtRock.pl

Official Website

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s