~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Eels/End Times

W całej twórczości Eels, osoba Marka Olivera Everetta ~ w skrócie zwanego E ~ wysuwa się na pierwszy plan. Mister E, wokalista, gitarzysta, aranżer, to człek wyjątkowo przez życie doświadczony. Ten bagaż doświadczeń doskonale słychać w jego piosenkach.

Artysta zaczynał od solowego grania, by w połowie lat 90., będąc już dobrze po trzydziestce, wystartować z projektem Eels (ang. “węgorze”). Zespół szybko zyskał sporą popularność, szczególnie w Europie i Ameryce Południowej. Muzycy zasłużyli na renomę markotnych outsiderów, przy czym na tyle dojrzałych (wiekowo, muzycznie, lirycznie), aby nie przeistoczyć się w pop-ikonę zbuntowanej młodzieży.

Po debiutanckim, ciepło przyjętym albumie “Beautiful Freak” (1996r.) krytycy pisali o pop-rocku w alternatywnych ciuchach. Zwracano uwagę na liryczne teksty i ciekawy głos Everetta. Okazało się, że ten okres to jedynie epizod, rzecz przejściowa, wstępniak do spraw bardziej poważnych. Poczynając od “Electro-Shock Blues” (1998r.), przesłanie Eels przechodzi zdecydowaną ewolucję, w kierunku niemal pogrzebowej melancholii (choć niepozbawionej lekkości i swoistego humoru). Niebawem, numery o tak złowieszczych tytułach jak “Going to Your Funeral”, “Cancer for the Cure” czy “Hospital Food” staną się znakiem rozpoznawczym zespołu. Jego emblematem.

Wydany w styczniu tego roku “End Times” podąża wydeptanym szlakiem. Słodko-gorzkie liryki pomieszano tutaj z delikatnymi, akustycznymi melodiami. Połowa piosenek to nagarnia solowej gitary, czasami tylko przeplatane dźwiękiem skrzypiec, harmonijki (“Nowadays”), panina (“A Line in the Dirt”) niemal folkowego tamburynka (“Unhinged”). Po pierwszym przesłuchaniu, mamy wrażenie obcowania z płytą idealną na koncert unplugged. Nawet żywsze numery, jak “Gone Man”, oczyma wyobraźni widzimy wykonywane akustycznie ~ na śpiew przy ognisku i kiełbaskach. Ten minimalizm świetnie współgra z zawodzeniem Everetta. Wbrew pozornej monotonności, dziwie wciąga ~ dlaczego? Większość numerów to po prostu bardzo dobre melodie. Zaś akordowy “Mansions of Los Feliz”, brzmi niemal jak wesoła piosenka.

Stylistycznie konsekwentne “End Times” nie podbije zapewne rynków i rozgłośni radiowych. Warto jednak dać Eels szansę. Krótki, przyjemny album, dobrze współgra z zimową aurą za oknem. Zresztą, zacna muzyka obroni się w każdym okolicznościach. Ta niezbyt tajemna wiedzy dotarła i do Hollywood. Licznie utwory grupy wykorzystano dotąd w kilkudziesięciu produkcjach, w tym tak znaczących jak trzy części “Shreka”, czy “American Beauty”. Melodie z “End Times” póki co, czekają w kolejce, na kinowe odkrycie.- Radosław Orzeł/uwolnijmuzyke.pl [drobna korekta-b69s]


Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s