~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Podobno nie ma już popu

Jak fani muzyki zapamiętają 2010 rok? Obawiam się, że nie zapamiętają go wcale, bo wszystko, co ważne, albo wydarzyło się wcześniej, albo dopiero nastąpi..

Kiedy Czesław Mozil postanowił zatytułować swoją drugą płytę „Pop”, zapewne myślał, że wznosi się na wyżyny ironii. Tymczasem sprawdziło się ~ polski pop właściwie przestał istnieć i w odtwarzaczach oraz na koncertach zastąpiła go lekkostrawna alternatywa: od Czesława właśnie, przez Acid Drinkers, po raperów takich jak Ostry czy L.U.C. Bardzo dobrze, tak trzymać. Co prawda w programach telewizyjnych i kolorowej prasie występują jakieś postacie, które twierdzą, że wykonują zawód piosenkarki lub (rzadziej) piosenkarza, ale konia z rzędem temu, kto słyszał jakąś ich piosenkę, a pół królestwa temu, kto ją zapamiętał. Prawdziwa muzyka jest gdzie indziej. Brzydki, ale znakomity debiut duetu Niwea to mocny kandydat do płyty roku, ale ma silną konkurencję: chopinowskie wariacje Levity, Macieja Cieślaka niespodziewanie romantycznego (Cieślak i Księżniczki), monumentalne Blindead, eklektyczne Paristetris, cudownie odrodzoną Brodkę, zadumanego nad duchem miasta Igora Boxxa (eks-Skalpel), dobrze dojrzałe Muchy, nietutejszych Newest Zealand i wiele innych płyt. Oby tak dalej!

A co słychać za górami, za lasami? Z grubsza to samo co wcześniej. Lady GaGa jak już została największą gwiazdą, to ani myśli odpuścić. Po raz trzeci sprzedała nam tę samą płytę (tym razem jako „The Remix”) i jakimś cudem wciąż potrafi zaskakiwać nowymi kieckami. Mogłyby jej zagrozić debiutantki, ale taka na przykład Kesha ma za mało talentu, a Janelle Monáe najwyraźniej za dużo, bo na razie nie odniosła sukcesu, na jaki zasługuje (choć dla fanów śpiewających pań jej „Metropolis: The Chase Suite” to obowiązek!). Swoich pięciu minut doczekała się wreszcie Robyn, czyli Szwedka, która solo chce zostać Abbą.

Najlepsze płyty roku? Żadnych niespodzianek. Swoje zrobili The National, Sufjan Stevens, Nick Cave (tym razem jako Grinderman), Arcade Fire, José González (z kolegami jako Junip), Antony and the Johnsons, TV on the Radio (a właściwie Dave Sitek solo jako Maximum Balloon) czy Gnarls Barkley (tym razem osobno: Cee Lo solo i na wesoło, a Danger Mouse ze świętej pamięci Markiem Lin-kousem i masą zacnych gości na porażająco smutnej „Dark Night of the Soul”). Wypada też rozstrzygnąć spór, czy lepszy Michael Jackson prawdziwy, ale z zaświatów, czy może Jackson uzurpator, lecz z krwi i kości. Ja wybieram życie, czyli nowy album Kanyego Westa.

Na Zachodzie więc bez zmian. No, może poza wielkim poruszeniem w kręgach artystów średnio-starszego pokolenia. I bynajmniej nie chodzi mi o udane powroty tych, którzy mają jeszcze sporo do powiedzenia (Belle & Sebastian, Swans, Pavement), ale o gadulstwo tych, którzy mogliby chwilę pomilczeć. Ale Phil Collins, Carlos Santana czy Leonard Cohen wiedzą, że jeśli nie teraz, to nigdy. Za kilka lat może się okazać, że nie będzie już nośników, za pomocą których mogliby dotrzeć do swych fanów. Bo że kompakt jako fonograficzna broń masowego rażenia przechodzi do historii, to już fakt. Pal licho prognozy analityków – Beatlesi udostępnili nagrania w sieci, a to znak, że płyta zdechła.

Muzyka za to ma się dobrze. Szczególnie ta, którą grają na żywo. Niemal wszystkie polskie letnie festiwale biły w 2010 roku rekordy frekwencji, a klubowe koncerty gwiazd to już norma, o której jeszcze dwa lata temu nie mogliśmy nawet marzyć. Może i nijaki, ale to nie był zły rok.- Jarek Szubrycht/Przekrój 51/2010

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s