~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Podsumowanie dekady w muzyce wg Filipa Łobodzińskiego

Za każdym razem, gdy odkrywam jakieś cudo muzyczne sprzed wielu lat, dopada mnie myśl: „Szkoda, że nie urodziłem się w złym czasie i w złym miejscu”. Ciekaw jestem bardzo, czy dzisiejsi młodzi są tak dumni z tego, co jest dziś nowością. Bo że szperają w archiwaliach, to pewne.

A to oznaczałoby, że ostatnia dekada nie była przełomem. A może anty-przełomem. Bo bodaj pierwszy raz stało się jasne, że muzyka nie jest już znakiem czasów, punktem odniesienia dla nowej generacji, nie jednoczy, nie tworzy tożsamości. Nie jest tym, czym były rockandrollowe hity z szafy grającej w czasach Presleya i Chucka Berry’ego, olśniewające „kwiaty” hipisowskiej psychodelii, kontrkulturowe zgrzyty Lou Reeda, drapieżny soul z Motown i Stax/Volt, piąchy punkrockowe, sterylny new romantic, hip hop, thrash i grunge z czasów pionierskich… Dziś muzyka, o czym mówi się już od jakiegoś czasu, jest raptem soundtrackiem do multimediów, gra w komórkach, grach i iPhone’ach, spełniając raczej funkcje ciucha niż wyznania wiary.

I może dlatego też takie podsumowanie jak niniejsze jest domeną i polem popisu oldskulowców, dla których muzyka ma znaczenie samoistne. My wciąż dyskutujemy o muzyce, porównujemy, szukamy inspiracji. A młodsi już jej tylko słuchają. Ale może to dobrze? Może to my mamy niezdrowego zajoba?

Dla mnie to jedna z porażek nowej dekady. Wciąż grzebię w starociach, odkrywam nieznane nagrania sprzed 30, 40, 60 lat. Mało mnie natchnęło w latach ostatnich. Do tego dochodzi także upadek płyty jako nośnika ~ piosenki kupuje się na sztuki, zna się wykonawców, ale nie zna się ich płyt. Artyści wciąż trzymają się tradycyjnego formatu albumu, singla ~ choć kto dziś kupuje single? Single trafiają do radia i do internetu.

Nawiasem mówiąc, odkrycie promocji internetowej to też ważne zjawisko naszych czasów. Bez sieciowych ujawnień nie byłoby wielkiej kariery Lady Gagi i Arcade Fire. Otworzył się owy kosmos.

Porażką natomiast jest też to, że kwestia praw autorskich polaryzuje publiczność i artystów. Fani ściągają nielegalne pliki z sieci, bo na legalne często ich nie stać. Płyty są monstrualnie drogie w porównaniu do rzeczywistych kosztów, czas mija, a towar drożeje zamiast tanieć. Nie mam dobrego rozwiązania. Ale nęci mnie myśl straszna dla artystów ~ może powinni zarabiać koncertami? Sprawdzać swoją wartość w boju? A nie z tantiem płytowych? To by oznaczało spadek ich dochodów. Ale może zmusiłoby do aktywniejszej pracy. Tak żyli jazzmani w bohaterskich czasach i mnie się to podobało. W każdym razie obecny układ jest wygodny dla tysięcy, krępujący dla milionów.

A skoro już ponarzekałem, to mogę z czystym sumieniem zerknąć wstecz na to, co mnie rzeczywiście urzekło w ostatnich latach. Nie zawsze są to zjawiska nowe ~ rzeczywistej nowości jest tu wręcz nadspodziewanie mało. Widać kapcanieję, skoro najbardziej podoba mi się to, co w czytelny sposób nawiązuje do historii.

A tak jest z Amy Winehouse, która jest dla mnie objawieniem tej dekady. Do tego stopnia, że chyba najbardziej czekam na jej zapowiadaną na 2011 rok płytę. I może jeszcze na weterana Paula Simona, bo teaser w postaci „Getting Ready for Christmas Day” bardzo współgra z moim wewnętrznym pudłem rezonansowym.

Wracam do Winehouse. Niewiele mnie obchodzi jej poplątana biografia, ekscesy i kolejne odwyki. Interesuje mnie muzyka, jakkolwiek jest w ścisłym sprzężeniu z brzydkim prowadzeniem się Brytyjki. Bez wątpienia autobiograficzne „Rehab” to według mnie jeden z dwóch naczelnych hitów tej dekady. Ten głos słodko-pikantny, z głębokim i silnym warkotem piekła brzmi, jakby Rolling Stonesi stali się kobietą i do tego czarną. Jej muzyka jest prosto z jutra i zarazem z lat 60′.

Drugi hit dekady to „Clint Eastwood” z debiutu Gorillaz. W ogóle sam pomysł na tę kapelę jest ujmująco bezczelny i fenomenalny. Najlepsze, co można znaleźć na śmietnisku muzyki, przepuszczone przez fantastyczną wyobraźnię muzyczną Damona Albarna, dało w efekcie doskonałą rzecz. Ale to też spojrzenie wstecz ~ bo bez śmietniska nie byłoby Gorillaz.

Tyle że patrzenie wstecz nie jest grzechem. Zawsze miałem pretensje do rozgłośni i wytwórni, że nie zauważają ciągłości, koncentrując się na tym, co najnowsze. Wydania starych płyt ustępują zawsze miejsca nowościom ~ ustępują radykalnie. A muzyka wciąż płynie, od Roberta Johnsona i Franka Sinatry wciąż chodzi o to samo: uwieść słuchacza.

Świetny pomysł na siebie znalazł mój odwieczny faworyt Bob Dylan. Na starość robi starą muzykę z nowymi tekstami. Starą, bo zakorzenioną w tradycji. Stał się kimś w rodzaju wędrownego grajka, który zbiera nuty zasłyszane w różnych zakątkach, i na tej podstawie tworzy nowe. Od płyt „Modern Times” i „Love and Theft” nie mogę się oderwać. Ale wiem, ja jestem porąbany. Bo jeszcze chcę tu dorzucić genialny portret wielokątny Dylana, jaki zobaczyliśmy w filmie „I’m Not There” Todda Haynesa. Przypomnę ~ postać Dylana odtwarza tam piątka aktorów (w tym Cate Blanchett!). Bardzo w duchu opowieści o duchach, a zarazem w duchu samego BD.

Z patrzenia wstecz i w przód wzięła się też płyta „Superwolf”, którą wypichcili Matt Sweeney i Bonnie „Prince” Billy. Sprzężona gitara, folkowo-bluesowe melodie i teksty, wysoki głos „Prince’a”… Wszystko ma psychodeliczno-magiczny wymiar. Byłem na ich koncercie u Architektów w Warszawie. Mniam. W ogóle ten neo-folk Billy’ego (i Sufjana Stevensa) robi wrażenie.

To są jednakowoż zjawiska niszowe, które nawet rzadko trafiają (jeśli już) na anteny radiowe. Główny nurt muzyki nie zachwycał. Podobnie było w Polsce, gdzie właśnie na obrzeżach ostro działali młodzi geniusze. Nie pamiętam takiego wysypu znakomitych przedsięwzięć kameralnych. Robotobibok i jego pochodne, Mikrokolektyw, Małe Instrumenty, Levity, DagaDana, Oranżada, obłędnie zdolny i pomysłowy L.U.C i drugi taki Macio Moretti w mnóstwie ujawnień, Marcin Masecki, cała działalność Wojcka Czerna z Obuh Records… A do tego jeszcze niezwykły „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mateusza Pospieszalskiego ~ potężna, monumentalna, a zarazem prywatna płyta. „Szafy” to kawałek powalający.

Styk różnych dziedzin muzyki był od lat gorący, nie inaczej jest dziś. Dwaj twórcy „filharmoniczni” świetnie korzystają z doświadczeń rynku pop/rock/jazz, przyciągając do swych dzieł publiczność z innych sektorów i poszerzając światy jej percepcji. To Jordi Savall, wirtuoz violi da gamba, tworzący fajne freski historyczne z różnych dzieł dawnych, by opowiedzieć coś o jakimś epizodzie historycznym i o nas ~ oraz Paweł Mykietyn, którego niełatwa muzyka sprzedaje się świetnie. Mykietyn grał kiedyś na basie w punkowej kapeli, wielbi eksperymentalnego Niemena połowy lat 1970. Ma czuja i to go wyróżnia.

Znakomitą rzeczą była trasa Męskie Granie ~ Maleńczuk, AbradAb, Stańko, Tworzywo Szzztuczne, Voo Voo (jakże bolesna wiadomość o śmierci menedżera Mirka Olszówki…!), Smolik, rysujący na żywo Wilczyński i różni okazjonalnie dobiegacze (ha! Mitch & Mitch). Wszystko bardzo sprawnie, z dyscypliną, zero nudy… Oferta, która absolutnie nie obrażała wysmakowanych gustów, a przy tym była dobra dla mniej osłuchanego ucha.

Wyszły na wielkie wody nasze festiwale, które już się mocno liczą w Europie ~ Open’er i Coke, do tego pierwszy w dziejach łódzki SoundEdit, czyli festiwal sztuki producenckiej. Czyli nie jest tak źle.

I na koniec wrócę do grzebania w śmieciach. Pojawienie się YouTube i jemu podobnych pozwala dziś odkrywać rzeczy często niezarejestrowane na płytach albo istniejące tylko na skrzypiących winylach. Wrzucone z gramofonów zabytki albo zarejestrowane kamera jednorazowe występy to rzecz kapitalna. Zostawiam więc Państwa z duetem, który mnie powala od paru lat ~ oto Keith Richards i Norah Jones w „Love Hurts” Everly Brothers, przywołujący wykonanie Grama Parsonsa i Emmylou Harris. To porozumienie ponad metrykami, wbrew kanonom estetyki, brzmi genialnie. Dopóki ktoś tego nie usunie z sieci, będę tam wracał jak do wodopoju.-

Filip Łobodziński/Newsweek, 4 stycznia 2011

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s