~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Arcade Fire/The Suburbs

Arcade Fire znowu grają to samo i znów brzmi to inaczej. Z jednej strony można zarzucać zespołowi niechęć do podjęcia większego ryzyka, pójścia na całość. Z drugiej, słuchając ich nowego krążka „The Suburbs”, trudno nie zatrzymać się na chwilę, by podziwiać zmysł i kunszt muzyków.

Wybierz się na przejażdżkę po „starych śmieciach”, pokręć się po dawno nie odwiedzanych uliczkach znanych z lat młodzieńczych. Popatrz na dzieciaki, które teraz tam biegają. Choć zupełnie ich nie rozumiesz, bo miałeś inne dzieciństwo i inne zabawki, to przecież pamiętasz, prawda? Pamiętasz swoje marzenia, jak chciałeś się wyrwać z tego wielkiego blokowiska, gdzie złudzenie szczęścia i spokojnego żywota wyznaczało ramy rzeczywistości…

Rozliczenia z dawnych ideałów i pragnień podjął się lider Arcade Fire, Win Butler. Trzecia płyta zespołu to najbardziej „przyziemne” z jego dotychczasowych wyznań. Jednocześnie jest to także najbardziej przystępna propozycja w dorobku grupy. „The Suburbs” to bowiem zbiór 16 songów urzekających klimatem, czasem rozbujanych, czasem przyciskających pedał rock’n’rollowego gazu, a czasem z wdziękiem skręcających na folkowe ścieżki. Z odpowiednim dla siebie, umiarkowanym i nie irytującym, patosem siódemka muzyków każe nam usiąść i na chwilę przypomnieć sobie czasy, gdy wół cielęciem był i ile z tego cielaka w nim pozostało.

Przede wszystkim jednak Butler z kolegami pozwalają nam zasmakować dobrych melodii, przyprawionych wieloma subtelnymi dodatkami. Na tej płycie dużo dzieje się obok głównych linii, trzeba się w to wgryźć, przesłuchać kilka razy. Wtedy „The Suburbs” ukażą nam swoją całą naturę. Jak choćby w trochę zadłużonym u Bowiego „Half Light II”, gdzie prosta rzecz udziwniona przez tysiąc maleńkich, cichych dźwięków, zmienia zupełnie swoje oblicze. Podobnie dzieje się w „Month of May”, w którym jak w lustrze odbija się Billy Idol. Tak naprawdę jest to doskonale wyważona dawka znanych patentów. Wyczuwalnej nuty U2 nie da się przegapić w „City With No Children”, urzeka harrisonowy „Wasted Hours”, kołysze utrzymany w stylistyce The Knife „Sprawl II”. Chyba wystarczy? A jest jeszcze przebojowy utwór tytułowy oraz przejmujący, zakończony patetycznym finałem „The Suburban War”, jest w końcu „Rococo”, w którym delikatne melodie rozchodzą się kanonadą dźwięków i kończą ześlizgując brzytwą przesteru po plecach. Malkontenci podniosą raban „jak to, przecież to kolejna porcja niewybijającej się ponad przeciętność muzyki”. I będą mieli po części rację, jednak oby każdy przeciętny album był taki jak „Przedmieścia”.

Sekret grupy z Montrealu polega na nieskomplikowanych, ładnych piosenkach, które dzięki aranżacji tworzą coś nietypowego, co można przeżywać całym sobą. To wielka umiejętność, którą posiadło niewielu. Arcade Fire ostatnim krążkiem dowodzą swojego talentu. I choć żadnej rewolucji ten album nie zrobi, bo magii niestety nie wystarczyło na wszystkie utwory (dwa, trzy można było pominąć), to jest kawałkiem poprockowej alternatywy na wysokim poziomie. A że przy tym opowiada o przemijającym czasie, o bezpowrotnej utracie beztroski lat młodzieńczych i stanięciu po drugiej stronie barykady w odwiecznym konflikcie pokoleń? Że zarzuca nas żalem niespełnionych marzeń, porzuconych ideałów, straconych szans na coś więcej niż życie w rzędzie identycznych domów, bloków i mieszkań? Większość z nas i tak musi się z tym kiedyś zmierzyć.-
Jakub Stępień/esensja.pl [linki i zdjęcia~b69s]

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s