~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Muzyka w potrzasku

Od czasu rozkwitu piractwa internetowego i powstania serwisu iTunes, który spowodował stopniowe odchodzenie od albumów na rzecz pojedynczych utworów do ściągnięcia, minęło dziesięć lat. W tym czasie branża muzyczna nie znalazła remedium na malejącą sprzedaż płyt kompaktowych.

Na pierwszy rzut oka był to tydzień, w którym „wielki rockandrollowy szwindel” kręcił się na całego. We wtorek wieczorem na jego popularnym krańcu grupa Take That zdobyła miano najlepszego zespołu brytyjskiego. Nadanie tego tytułu poprzedził koncert, pod koniec którego panowie pozostali niemal w samej bieliźnie. Z kolei w piątek poważniejsi odbiorcy mieli okazję zanurzyć się w dźwiękach „The King Of Limbs”, najnowszego albumu Radiohead, ściągniętego za 6 funtów prosto ze strony internetowej zespołu.

A jednak pod tą fasadą, mimo szumu wokół cyfrowej rewolucji, widać wyraźnie, że branża muzyczna znalazła się w poważnych tarapatach finansowych. W ubiegłym roku sprzedaż zmalała o 7 proc. w Wielkiej Brytanii i o blisko 10 proc. w Stanach Zjednoczonych, czyli na największym rynku muzycznym na świecie. Dwie z czterech głównych wytwórni płytowych, Sony i Warner Music, przyznały, że ich wyniki sprzedaży przed świętami spadły odpowiednio o 10 i 14 proc.

„The Suburbs” Arcade Fire został wybrany albumem roku podczas niedawnej ceremonii rozdania amerykańskich nagród Grammy, tymczasem na całym świecie sprzedano zaledwie 1, 4 miliona egzemplarzy. „Kilka lat temu byłoby to 4 – 5 milionów” ~ uważa menadżer kanadyjskiego zespołu Scott Rodger.

Wyłania się z tego, jak można by sądzić, czarny scenariusz. Od ostatnich dni szczytu popularności płyt kompaktowych przemysł muzyczny skurczył się mniej więcej o połowę. W 2000 roku płyta „No Strings Attached” boysbandu N’Sync rozeszła się w ponad dziesięciu milionach egzemplarzy. Przedstawiciele branży liczyli na to, że spadek nakładów krążków uda się pewnego dnia zrekompensować dzięki wzrostowi sprzedaży cyfrowej. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych, gdzie mają początek wszelkie trendy w muzycznym biznesie, sprzedaż utworów w internecie w zasadzie utknęła w miejscu ~ w ubiegłym roku zanotowano zaledwie jednoprocentowy wzrost.

„Sytuacja przemysłu płytowego jest obecnie bardzo poważna” ~ mówi piosenkarz Billy Bragg, który działa na rzecz praw wykonawców w organizacji Featured Artists Coalition. „Po części wynika to z posunięć samej branży, ale efektem tego jest na przykład zanik kultury opartej na sklepach z płytami, która dla wielu muzyków była bardzo istotna na początku ich drogi” ~ dodaje Bragg.

Kłopoty mają nie tylko małe sklepiki. Po upadkach sieci Woolworths i Zavvi problemy ma także HMV. Firma ogłosiła przed kilkoma tygodniami, że z powodu słabej sprzedaży będzie zmuszona zamknąć 60 punktów.

Mimo to wielu przedstawicieli branży nadal patrzy jeśli nie z optymizmem, to przynajmniej z nadzieją na perspektywy sprzedaży plików muzycznych w sieci. Wprawdzie zespół Take That, być może jako jeden z ostatnich, wciąż jest w stanie sprzedać dużo płyt CD [większość wielbicieli grupy to niemłode już kobiety o niższych dochodach, które nie lubią ściągać piosenek z internetu], to jednak raczej Radiohead należałoby uznać za drogowskaz ku stuprocentowo cyfrowej przyszłości.

Płyta „The King of Limbs” jest już drugim zbiorem nagrań udostępnionym w sieci od czasu rozstania zespołu z wytwórnią EMI w 2007 roku, będącego następstwem kłótni o przekazanie muzykom kontroli nad prawami autorskimi do pierwszych sześciu albumów, w tym przełomowego „OK Computer”. Ich pierwsza niezależna płyta „In Rainbows” sprzedawana była na zasadzie „co łaska” ~ fani płacili tyle, ile ich zdaniem ta muzyczna propozycja była warta. Druga płyta została wyceniona na 6 funtów za ściągnięcie całości w formacie MP3 oraz 9 funtów za lepsze jakościowo pliki WAV.

W ubiegłym tygodniu menadżer Radiohead Chris Hufford określił nową strategię cenową jako „logiczny postęp” w stosunku do wcześniejszego systemu sprzedaży. Najwyraźniej członkowie zespołu wierzą, że taka jest właśnie minimalna stawka za ich najnowsze dokonania. Na ukazanie się tych piosenek na płycie trzeba poczekać do końca marca. Do sklepów trafi specjalna edycja obejmująca kompakt, dwa 10 – calowe winyle oraz bogatą oprawę graficzną ~ wszystko za, bagatela, 33 funty.

Taka polityka nie sprawdzi się w przypadku każdego artysty: zwycięzca programu X Factor raczej nie będzie w stanie sprzedać płyty za 33 funty. Tymczasem żeby osiągnąć sukces na tym nowym polu, trzeba użyć wszelkich form marketingu internetowego. Koncerny płytowe mają świadomość, że będą musiały się dostosować do nowej sytuacji. W ubiegłym roku Ellie Goulding, która biega z takim samym zapałem jak śpiewa, dogadała się z firmą Nike i za pośrednictwem swojej strony na Facebooku zaprosiła wybraną grupkę fanów do wspólnego biegania w siedmiu miastach objętych jej brytyjską trasą koncertową.

Firma Polydor, filia koncernu Universal, wydała potem zremiksowaną wersję „Lights”, która miała służyć jako motyw muzyczny towarzyszący biegaczom. „To nas wybiło z tradycyjnego cyklu promocyjnego, w którym najwięcej działań podejmuje się w okresie wydania płyty. Nasza aktywność marketingowa trwała przez cały poprzedni rok” ~ tłumaczy Paul Smernicki z Universal Music.

„Dziesięć lat temu robiliśmy plastik i sprzedawaliśmy go do sklepów muzycznych” ~ mówi Tony Wadsworth, prezes organizacji BPI zrzeszającej wytwórnie płytowe. „Teraz, gdy ponad jedna czwarta to sprzedaż cyfrowa, potrzebujemy znacznie szerszej gamy sposobów zarabiania pieniędzy” ~ dodaje Wadsworth.

Branża liczy między innymi na to, że serwisy takie jak Spotify w Europie czy Pandora w Stanach Zjednoczonych, oferujące możliwość słuchania muzyki w sieci w ramach abonamentu, staną się nowym, znaczącym źródłem dochodów. Spotify ma ponad pół miliona abonentów płacących za dostęp do bazy utworów 9.99 funtów miesięcznie. Mimo to rynek ten, wart 60 milionów funtów rocznie, wciąż wygląda skromnie w porównaniu z biznesem, który w 2009 roku przyniósł firmom płytowym na całym świecie 17 miliardów.

Wyraźnie widać też, że w tych nowych warunkach rynek muzyczny staje się coraz bardziej spolaryzowany ~ z jednej strony mamy wykonawców popowych promowanych przez takich ludzi jak prezenter Simon Cowell za pośrednictwem telewizji, a z drugiej artystów, którzy podejmują spore ryzyko, by utrzymać swoją artystyczną wiarygodność. O ile jednak najlepsze popowe produkcje wciąż są w stanie dobrze się sprzedać ~ co pokazał zespół Take That ze swoją bestselerową płytą „Progress” [najlepszy wynik od czasu „Be Here Now” Oasis z 1997 roku] ~ to bardziej niezależni muzycy muszą umiejętnie poruszać się w rynkowej rzeczywistości.

Członkowie Arcade Fire inwestowali własne środki w pierwsze nagrania i teledyski. Efektem takiej strategii była silniejsza pozycja w późniejszych negocjacjach z koncernami płytowymi. „Kiedy sprzedajemy milion egzemplarzy, zarabiamy tyle, ile inne zespoły po przekroczeniu pięciomilionowej sprzedaży w ramach standardowego kontraktu z wytwórnią” ~ wyjaśnia menadżer Arcade Fire Scott Rodger. Przyznaje przy tym, że na taką pozycję niełatwo jest zapracować.

Nowej muzycznej ekonomii muszą się uczyć nawet uznani artyści. „Niedawno nagrałem pół tuzina nowych piosenek i udostępniłem je za darmo w sieci” ~ mówi Billy Bragg. „Jednocześnie mam sześć różnych rodzajów T-shirtów, które sprzedaję po około 20 funtów za sztukę. Czasem się zastanawiam, w jakiej branży tak naprawdę funkcjonuję”.-
Dan Sabbagh/Guardian [linki i zdjęcia~b69s]

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s