~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Marianne Faithfull/Horses & High Heels

To wielki powrót smutnej baronessy i prawdopodobnie jedna z najlepszych płyt w bardzo długiej i burzliwej karierze artystki. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że to jej najlepszy album obok „Broken English”  sprzed ponad trzydziestu lat.

Była muzą Micka Jaggera, współpracowała z Davidem Bowiem, Tomem Waitsem, Nickiem Cavem i Metalliką. Plejady gwiazd alternatywy ostatnich dwóch dekad nie liczę, no może z wyjątkiem Becka, Damona Albarna, Jarvis Cockera i Billy’ego Corgana.

Od 1999 roku trwa dobra passa Marianne Faithfull. Bez względu na to, czy przypomina stare czy śpiewa premierowe utwory, czy gra je z weteranami czy w towarzystwie najbardziej wpływowych artystów naszych czasów, za każdym razem robi to z mistrzowską klasą. Nowa płyta wydaje się być najlepsza w tej sekwencji.

Tyle dobrego jest na tej płycie, tyle jest w niej ciekawych tropów i historii, że nie wiadomo od czego zacząć! Album otwiera piorunująca interpretacja The Stations z jedynej jak dotąd płyty The Gutter Twins. Nawet u najtwardszych o najgrubszych skórach musi wywołać dreszcz. Wbrew powszechnym opiniom, uważam, że rzadko się zdarza, aby cover dorównywał oryginałowi. W tym wypadku nie mam żadnych wątpliwości. Od dziś marzę, żeby kiedyś usłyszeć trio Faithfull/Dulli/Lanegan.

Podobnie mają się rzeczy w przypadkach znakomitych, choć powszechnie mało znanych Love Song i Past, Present, Future. Marianne wydobyła z nich jeszcze więcej piękna i fascynującej melancholii. Tę pierwszą napisała Lesley Duncan, która nigdy nie zrobiła wielkiej kariery jako solistka [m.in. śpiewała w chórkach na „Dark Side of The Moon” Pink Floyd]. Wieczną sławę dał tej pieśni Elton John, umieszczając ją na płycie „Tumbleweed Connection” z 1970 roku [pamiętacie odgłosy plaży z tego wykonania?]. Śpiewał ją też David Bowie. To odświeżające i inspirujące przypomnieć sobie te słowa i usłyszeć z dojrzałych ust jeszcze raz czym jest miłość. „Do You Know What I Mean”? Tę drugą u schyłku krótkiej kariery wykonywały The Shangri-Las, a w ubiegłej dekadzie przypomniała Agneta z ABBY. Jednak wersja Faithfull jest absolutnie najlepsza, bo bez powierzchownej przebojowości popularnego tria z lat 60′ i drażniącej koturnowości Faltskog. [No i zawsze mi przypomina skąd się wziął klasyk zespołu Vox ~ „Szczęśliwej drogi już czas”].

No Reason przypomina mi Stonesów z epoki „Exile On Main Street”. Napisał ją Jackie Lomax, który kręcił się między innymi w doborowym towarzystwie Erika Claptona i George’a Harrisona. Ten drugi nawet napisał mu jego największy przebój „Sour Milk Sea”, który prawdopodobnie nie zmieścił się na „The White Album” The Beatles. I tak jedna historia przebija drugą, jak to na wyjątkowych wydawnictwach. Jeszcze jeden przykład? Allen Toussaint jest czarnoskórym, dziś wiekowym kompozytorem i wykonawcą który napisał m.in.  „Sneakin’ Sally Through The Alley” [śpiewał ją np. Robert Palmer] czy „Hercules”, który przypomniał kilka lat temu Paul Weller. Fani klasycznego rocka musza pamiętać, że „Get Out of My Life” wykonywali The Doors, a Iron Butterfly umieścili to nagranie na swoim debiucie.

Dosyć banalnym wyborem na tym tle wydaje się Goin’ Back, który śpiewali m.in. Dusty Springfield, The Byrds w latach 60′ i Phil Collins na swej najnowszej płycie sprzed roku. Dlatego już czas na premierowe piosenki. Jest ich tylko pięć i szkoda, że nie więcej, bo każda z nich jest naprawdę wyjątkowo dobra. Szczególnie podoba mi się The Old House, która kończy album. Dotyka magii najpiękniejszych ballad Neila Younga, Eltona Johna czy Donovana, zresztą chyba trochę kojarzy mi się z „Atlantis”. Już dźwięk kościelnego dzwonu zapowiada, że to będzie duszna, tajemnicza historia. I taka jest. Wzruszające słowa do niej napisał irlandzki autor sztuk teatralnych Frank McGuinnes. Nie sposób nie wspomnieć o krótkiej, ale urzekającej subtelnością gitarowej solówce samego Lou Reeda. Tak niesamowicie się ta płyta kończy, że nie sposób przestać jej słuchać z ostatnim akordem. I wracam. Do bardzo udanego utworu Why Did We Have To Part, który został wybrany za singla. W tym wypadku budzą mi się skojarzenia z „For My Lover” Tracy Chapman. Idealnie trafia w gust dojrzałego i wybrednego słuchacza. Horses and High Heels [utwór pod recenzją przyp.~b69s], w której słychać echa celtyckich nut, niemal czuję się stukot podków tytułowych koni. Jej kompozytorem jest członek zespołu, z którym nagrywała Faithfull, znany m.in. z współpracy z Markiem Knopflerem ~ Doug Pettibone. Wszystkie premierowe piosenki mają stylowe aranże i idealnie pasują do pozostałych, jakby pochodziły z jednego okresu.

Osobną kwestią jest arcymistrzowskie wykonanie. Płyta została nagrana w Nowym Orleanie, w miejscu gdzie grają najlepsi muzycy świata i krzyżują się najszlachetniejsze gatunki muzyki. Ostatecznego kształtu nabrała w Nowym Jorku. Smaku tej muzyce dodaje obecność Lou Reeda czy Wayne’a Kramera z MC5, choć nie kluczowa, to czyni różnicę. Największy udział w tej materii mają Hal Willner ~ producent jej ostatnich trzech albumów, Mark Bingham , który nagrał całość [w swoim dorobku ma m.in. współpracę przy nagraniach „Out of Time” R.E.M.] oraz znakomity zespół wybrany do akompaniowania jej na płycie.

Sama Faithfull mówi przy okazji jej wydania: „Wiecie, że konwencjonalne pojmowanie szczęścia nie jest w moim stylu, ale to bardzo radosna płyta. Ja jestem niewiarygodnie szczęśliwa”. Wiemy, wiemy. Smutek, zaduma i melancholia są tu osobliwej urody. Są nadzwyczaj piękne, gdzie uśmiech sam skrada się w kąciki ust.- Paweł Kostrzewa/onet.pl [drobna korekta, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Official Website

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s