~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

BON IVER – „Bon Iver”.

Nagrane w głuszy północnego Wisconsin „For Emma, Forever Ago” zapewniła Justinowi Vernonowi status nowej gwiazdy amerykańskiego folku. Po trzech latach Bon Iver [klikając na okładkę płyty po lewej stronie, zapoznaj się z oficjalną stroną artysty – przyp.~b69s] mierzy się z nim już jako kolega Kanye Westa i artysta, o którego upomniał się mainstream.

„Ci, którzy zastanawiali się, co mógł wymyślić po »For Emma, Forever Ago« nie muszą się dłużej przejmować. Bon Iver wyszedł z lasu i widok jest piękny” – zachwyca się redaktor magazynu „Q”. A ja czytając setki podobnie entuzjastycznych recenzji czuję się, jak ten gość, który krzyczał „Judasz!” do Boba Dylana chwytającego za gitarę elektryczną. Justin po wyjściu z szałasu, gdzie nie mógł raczej podłączyć syntezatora, odkrył bogatsze brzmienie, ale nie jest to wcale zmiana na plus.

Zasadniczo „Bon Iver” to album, podobnie do debiutu, naznaczony piętnem szklistej melancholii. I za pierwiastek oryginalności znów odpowiada głównie niebywała barwa głosu Vernona. Ta matowość i uduchowienie, którymi obrasta każdy wydobywający się z jego ust dźwięk zmieniają najbardziej nawet przeciętne smęcenie w fascynujący melanż białego gospel, smutno-szalonego folku i soul-country.

W związku z olbrzymimi oczekiwaniami, Bon Iver musiał wziąć sobie do serca stare porzekadło mówiące, że kto stoi w miejscu ten się cofa. Zrobił więc w mniejszym natężeniu to, na co niedawno porwał się Sufjan Stevens. Potraktował temat swojego folku wywrotowo i postanowił dopisać do niego swego rodzaju rozwinięcie. Zamienił pudło na gitarę elektryczną [w drugiej części „Calgary” [zobacz teledysk – przyp.~b69s] brzmi niczym rasowy indie rocker, sięgnął po synth-popowe zabawki i auto-tune („Beth/Rest” to rozwinięcie formuły z EP-ki „Blood Bank”) i skorzystał na większą skalę z dobrodziejstw sekcji rytmicznej. Nie oznacza to bynajmniej, że porzucił na dobre ścieżkę folkowego eskapizmu. Jednakże nawet gdy para się standardowo rozwleczonymi kompozycjami na wolnych tempach to wplata w nie trąbkę, saksofon, orkiestracje czy pianino albo zatapia je w podróżniczych ambientach i niby-post-rockowym ekspresjonizmie. Jest to wszystko na pewno bardziej sterylne, zdecydowane i głośniejsze niż kiedyś, choć Justinowi nadal zdarza się mówić szeptem. „Bon Iver” wygląda więc na próbę popkulturowej transfuzji krwi dla indie folku i alt-country.

Cel to niewątpliwie szczytny, a i przyklasnąć można szczególnie, że na „Bon Iver” kilka razy udaje się to zrealizować. Vernon czyni to jednak głównie mając za oręż niebanalny głos, charyzmę i realizatorską wyobraźnię. Naprawdę niewielu może się z nim równać w wyciąganiu za uszy niespecjalnie imponującego materiału. Kreowanie atmosfery na piątkę z plusem, ale błysku w piosenkach to tu za wiele nie ma, panie Vernon. Longplay ten zaskakuje równie często, co układa do snu, więc na przyszłość prosimy mniej Enyi i Stinga, a więcej szamanizmu.- Marek Fall/onet.pl [drobna korekta, oprawa graficzna, linki oraz zdjęcia ~b69s]

Bon Iver – MySpace 


Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s