~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Portishead i Fleet Foxes na Malta Festival 2011

Dwa różne, ale równie wspaniałe zespoły zgotowały święto wszystkim nadwrażliwcom, którzy zdecydowali się stawić 6 lipca na poznańskiej Malcie.

Do zachodu słońca grali młodzi mistrzowie folku z Fleet Foxes, po zachodzie: trip-hopowi geniusze z Portishead. Dobór gości na powoli kończącym się Malta Festival 2011 był trafiony w dziesiątkę ~ oba zespoły zagrały w Polsce po raz pierwszy. Oba były bardzo oczekiwane i pojawiły się w ważnym dla siebie momencie: amerykańscy brodacze promują swój drugi album Helplessness Blues, zaś brytyjczycy szykują się do nagrania czwartej studyjnej płyty.

Miejsce było urocze, ale ciasne. Publiczność musiała zmieścić się na wąskim, ale długim pasie między torem wyścigów wodnych a trybunami. Tym, którzy mieli miejsca w drugim sektorze, widok zasłaniała wieża akustyka. Ci, którzy siedzieli na trybunach, mogli sobie skręcić kark od spoglądania na prostopadle do trybun ustawioną scenę. A jako, że na poznańskiej Malcie pogoda była jak na Malcie, na to muzyczne wydarzenie przyszło mnóstwo osób. Na oko więcej, niż na przeciętny mecz polskiej Ekstraklasy. Ten koncert był zwieńczeniem dwóch tygodni, w ciągu których można było w Polsce zobaczyć na żywo Arcade Fire, Coldplay, Pulp, Prince’a i The Strokes. Wszystkich po raz pierwszy. Lepiej być nie mogło.

Kiedy na scenę weszli muzycy Fleet Foxes, wyglądali raczej jak fani własnego zespołu, niż czołowa amerykańska kapela grająca alternatywnego folk-rocka. Wokalista Robin Pecknold, ubrany w obowiązkową kraciastą koszulę tryskał niepewnością i ograniczył się do krótkiego „thank you” po każdej piosence, a obowiązek konferansjera wziął na siebie perkusista. Zaczęli od pięknie rozwijającego się The Cascades, w którym wokal brzmiał zdecydowanie za cicho. W kolejnych piosenkach było o niebo lepiej. Sześcioosobowy skład oprócz obowiązkowych gitar akustycznych, mandoliny, pianina i perkusji, korzystał też z altówki, kontrabasu i fletu, co na żywo dodało brzmieniom piosenek więcej „wigoru”. Rozbudzające były zwłaszcza kawałki z debiutanckiego albumu „Fleet Foxes”. Potężnie i wzruszająco zabrzmiał Your Protector, piękny i cudownie zaśpiewany przez Robina White Winter Hymnal [ < zobacz i posłuchaj mojego projektu muzycznego na YouTube – przyp.~b69s] przeszedł bez pauzy w Ragged Wood, a później w Lorelai tak, jakby te utwory były zrośnięte ze sobą od zawsze. Brodaty wokalista z każdym kawałkiem brzmiał coraz lepiej i okazało się, że utwory z drugiej płyty zespołu na żywo są pogodnymi żywiołami z Zachodu, bo drużyna Pecknolda pochodzi z Seattle. Battery Kinzie z potężnymi bębnami wprawiło wszystkich w przyjemne drgania, a przy Helplessness Blues miało się ochotę robić coś więcej, niż tylko tupać nóżką. Bisów niestety nie było, ale wyglądało na to, że wokalista był wielce zaskoczony pozytywnym przyjęciem, bo pod koniec występu kazał swoim kolegom zagrać jeszcze jedną piosenkę. Muzyka Fleet Foxes na tle zachodzącego słońca brzmiała nieprzyzwoicie sielsko. Przez nieco ponad godzinę wszyscy mieliśmy brody. Oszczędnemu scenograficznie koncertowi amerykańskiej grupy wystarczyły proste melodie i nieśmiałość wokalisty, żeby wszystkich mieć w kieszeni. Byli równie szczęśliwi, że mogą grać przed Portishead jak wszyscy zgromadzeni, że mogą tak dobry zespół oglądać przed gwiazdą wieczoru.

O ile na co dzień na torze Malty ścigają się wioślarze, o tyle w środę dwa wielkie zespoły ścigały się o emocjonalną hegemonię. Robin Pecknold swoje uczucia wyraża cudownym skowytem, Beth Gibbons potrzebuje do tego rozpaczliwego szeptu. Portishead zaczęli od Silence, które dzięki połączonej mocy dwóch bębniarzy zabrzmiało tak, jakby wody jeziora miały się zaraz rozstąpić. Nieruchomo trzymająca się mikrofonu Beth i pięciu wspomagających ją muzyków pokazało, że są apostołami trip-hopu. Grają nie tyle na instrumentach, co na emocjach. Trudno powstrzymać dreszcze kiedy wokalistka neurotycznie krzyczy „Give me a reason to love you” w Glory Box. Wystarczyło pół nuty przepięknego utworu Roads żeby wszyscy wiedzieli, że nadchodzi wiekopomna chwila, i jedno zaśpiewane przez piosenkarkę słowo, aby tłum niespokojnie zafalował. Nie wypadało rytmicznie klaskać, głupio było jeść hot-doga. Na trip-hopowej mszy nie wypada wyprawiać takich brewerii. To samo działo się przy Numb i Only You. Repertuar był perfekcyjny. Wszystko zagrane tak profesjonalnie, że momentami wręcz nużąco, ale niewdzięcznością byłoby narzekać. Było Machine Gun z serią z perkusji, która mogłaby wykurzyć z jaskiń Talibów, ale też nowe piosenki pokazujące, że zespół ma pomysł na to, co dalej robić ze swoim brzmieniem. Koncert Portishead był enigmatyczny, wokalistka pozostawała nieodgadniona i tajemnicza i nie przymilała się publiczności, korzystając z „koncertowych rozmówek angielsko-polskich”. Wystarczy, że jest i śpiewa na scenie, żeby było święto. Tego dnia Poznaniem nie rządziła mafia, ale dobra muzyka. I to taka, przy której szczytem dezynwoltury jest machanie bioderkiem […] Bartosz Sadulski/onet.pl [obiektywna korekta tekstu wraz z linkami ~b69s & Jagoda]

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s