~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Beirut – “The Rip Tide”.

Na współczesnym rynku muzycznym niewielu jest artystów, którzy tworząc muzykę folkową, nieustannie wnosiliby do niej coś świeżego. Zach Condon przez lata udowadniał, że chce i potrafi to robić, a zarówno jego EP-ki, jak i longplaye stanowiły kontaminację ludowych inspiracji ujętych we współczesny, zaskakujący kontekst. “The Flying Club Cup” z 2007 roku było i nadal jest albumem udowadniającym, w jak rozbudowanych aranżacjach Beirut opowiada dosyć melancholijne, a czasem pełne prostoty i radości historie. I że nigdy się one nie nudzą. Dlatego sporym zaskoczeniem jest najnowsze wydawnictwo Zacha zatytułowane “The Rip Tide”. Czy naprawdę ktoś spodziewał się tak nostalgicznej, spokojnej płyty?

Promujący ją singiel bynajmniej nie zapowiadał tego typu zwrotu w karierze urodzonego w Santa Fe piosenkarza. “East Harlem” jest jeszcze przedłużeniem muzyki, którą Zach Condon proponował swoim fanom na “Gulag Orchester” i “The Flying Club Cup”, a nawet po części na EP-ce “March of the Zapotec”. Jest to bowiem piosenka tchnąca radością i nadzieją (wystarczy wsłuchać się w jej ujmująco prosty tekst), gdzie łatwo znaleźć odwołania do “Nantes” czy “Sunday Smile” z poprzedniego longplaya muzyka. Jednak to nie żywe, wesołe aranżacje będą cechować “The Rip Tide”. W każdym razie nie tylko.

Ten album przyciąga uwagę głównie dzięki swojej dwutorowości. Miesza się na nim charakterystyczna dla zespołu folkowa energia, razem z nagłą melancholią i tęsknotą wybrzmiewającymi już nie tylko w tekstach. “Santa Fe” czy “Goshen” to kawałki wyjątkowo stonowane pod względem linii melodycznej, w których wokal snuje się z melancholią wyśpiewując tekst. Ten zwrot w twórczości Beirutu można poczytywać za nowość i na pewno świadczy o tym, że zespół nie stoi w miejscu, ale na tle wszystkich dotychczasowych dokonań wypada dość blado. Takie wybitnie lekkie w odbiorze, smętne piosenki szybko nużą powodując, że chętnie wraca się do wcześniejszego dorobku Condona. Dlatego tak cieszą nawiązującego do niego na “The Rip Tide” zrywy jak choćby tytułowy kawałek. W podobnym stylu kończy się płyta, a “Port of Call” to jeszcze wyciągnięcie ręki do tego, jak kiedyś grał zespół. Czyżby niełatwo było muzykom zerwać z dotychczasową stylistyką?

Najnowszy album Zacha Condona rozczarowuje sielskim, jednoliniowym w kwestii melodycznej spokojem, który dotąd był obcy jego muzyce. Słuchaczom przyzwyczajonym do rozbudowanych folkowych aranżacji może stać się ością w gardle, ale nie jest na tyle zły, by porzucić go po jednym przesłuchaniu. “The Rip Tide” można cały czas odkrywać, ale szybko okaże się, że nie ma już nic więcej do znalezienia. Szkoda, bo to mógł być kolejny świetny album.- Monika Pomijan/um.pl [drobna korekta, linki oraz zdjęcia ~b69s]

 

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s