~ WYSZPERANE W SIECI • MUZYKA • RECENZJE • ARTYKUŁY ~

Chemiczni bracia na dużym ekranie

Official Website

Adam Smith przyznaje, że jego debiutancki pełnometrażowy film nie jest najłatwiejszym do sprzedania dziełem w historii kina. – Nie ma tu prawdziwej linii narracyjnej – mówi reżyser. – Film trwa 85 minut, są w nim eksplodujące kulki do paintballa i klauni. Kilka dni temu powiedziałem komuś: „Nigdy byś tego nie zamówił, prawda?” – wspomina ze śmiechem. – Przecież to brzmi jak straszna tandeta.

Smith dodaje, że w filmie nie ma żadnej sceny, która umiejscawiałaby akcję w konkretnym miejscu. – Pokazujemy po prostu sztućce latające na zwolnionych obrotach – mówi.

Tom Rowlands z Chemical Brothers, który siedzi po drugiej stronie stołu w londyńskim pubie, gdzie rozmawiamy [przyp. Alexis Petridis], sztywnieje na te słowa. – Jest tam również trochę muzyki – mówi ciężko. Ale nawet biorąc pod uwagę temat filmu (występ Chemical Brothers na festiwalu Fuji Rock w Niigata w Japonii), „Don’t Think” i tak trudno uznać za typowego kandydata do kinowego sukcesu. – To dość osobliwe doświadczenie. Jest to półtorej godziny… – Rowlands zawiesza głos, poszukując odpowiedniego słowa, aby opisać szaleńcy, psychodeliczny, elektroniczny występ zespołu na żywo. – … bredni – mówi w końcu.

Zespół dowiódł w przeszłości, że niezwykle trudno filmować go na scenie. – Grasz na żywo, ponieważ chcesz, aby ludzie obejrzeli cię i dobrze się bawili, a kamery tylko przeszkadzają w takim występie – tłumaczy Ed Simons będący drugą połówką Chemical Brothers. Co więcej, cały materiał został zarejestrowany w ciągu zaledwie jednej nocy, co jak zauważa Rowlands, nie jest typową metodą kręcenia filmu. – Zwykle filmuje się przez pięć wieczorów, zakładając te same ubrania, a następnie wybiera się najlepsze kawałki – wyjaśnia. – A tu wszystko zostało zrobione w ciągu jednego wieczora. To mogła być katastrofa. Czasami nie działają ekrany albo materiały wizualne nie zgrywają się z muzyką. Gdyby tak się stało, nie mielibyśmy szans tego powtórzyć.

Smith przytakuje. – „Don’t Think [z ang. Nie myśl] z pewnością jest dobrym tytułem – mówi. Przyznaje jednak, że ten chaotyczny sposób filmowania doskonale oddaje ducha jego współpracy z Chemical Brothers, która rozpoczęła się podczas ich pierwszego występu na żywo na początku lat 90. Duet miał wystąpić na prośbę didżeja Andy’ego Weatheralla w jego londyńskim klubie. Jednak muzyków tak bardzo zestresował występ przed publicznością, że grali w „kanciapie nad kiblami”, podczas gdy Smith wyświetlał slajdy na pustej scenie. – Graliśmy na zepsutych syntezatorach, które były przestarzałe z punktu widzenia cyfrowych technologii – wspomina Rowlands. – A Adam i jego wspólnik wykonywali podobne projekcje, odmawiając nagrywania ich na wideo.

Jednak tamten etap jest od dawna zamknięty zarówno dla muzyków, jak i dla reżysera. Smith wyreżyserował kilka odcinków „Doctora Who”, a także serial BBC „Mała Dorrit”, podczas gdy Chemical Brothers sprzedali miliony płyt i zgarnęli niezliczone nagrody (ostatnio nagrodę Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Los Angeles za muzykę do thrillera „Hanna” z 2011 roku). Muzycy mają także w planach stworzenie ścieżki dźwiękowej do nowego filmu Smitha na podstawie książki Marka Kohna „Dope Girls”, opowiadającej o zagrożeniach i skandalach związanych z narkotykami w okresie międzywojennym w Wielkiej Brytanii.

Istnieje wiele znakomitych filmów koncertowych, jak na przykład „Ostatni Waltz” Martina Scorsese poświęcony grupie The Band czy „Stop Making Sense” Jonathana Demme’a o Talking Heads, ale zwykle były one niewiele znaczącymi dodatkami do karier tych artystów. W przypadku „Don’t Think” twórcy podjęli wielkie ryzyko. A mimo to o filmie pisali niemal wszyscy krytycy. Jeden z nich umieścił go w koncepcji „kina czystego”, co plasuje go w tak znakomitym towarzystwie jak klasyczny niemy dokument Dżigi Wiertowa „Człowiek z kamerą filmową?” z 1929 roku czy „Olympia” Leni  Riefenstahl z 1938 roku. Inny wystawił mu bardziej prozaiczną ocenę: „Miałem po nim ochotę naszprycować się dragami”.

Jest coś poruszającego w sposobie, w jaki kamera porusza się pomiędzy dwiema bezpretensjonalnymi postaciami, o których opowiada film. Na ekranie widać dziwną zażyłość muzyków i reżysera, ujmującą bliskość związku, który rozpoczął się niemal ćwierć wieku temu na Manchester University. – Kiedy znajdujesz się na scenie, wydaje ci się, że obserwuje cię cały świat – mówi Simons. – Odnosisz wrażenie, że wszyscy odbierają twoje wibracje, ale tak naprawdę ludzie wcale cię nie widzą. Ludzie, którzy obserwowali nas na żywo przez cały koncert, przychodzą do nas po jego zakończeniu i mówią: „O rany, nie wiedziałem, że tak dobrze bawicie się tam na górze”. Kiedy to słyszymy, trochę schodzi z nas powietrze.

Ale prawdziwa siła „Don’t Think” tkwi w sposobie ukazywania publiczności. Reżyser często odwraca uwagę widza od sceny. W pewnym momencie kamera podąża za widzem, który wychodzi z tłumu, żeby kupić coś do jedzenia i porozmawiać z przyjaciółmi, podczas gdy muzyka wciąż huczy w tle. – Uwielbiam ten moment, kiedy kamera oddala się – mówi Simons. – Koncert nie jest nabożnym wydarzeniem. Mogę znajdować się na festiwalu, oglądając jakiś zespół i naprawdę wciągając się w jego muzykę, a jednocześnie zastanawiać się, co później zjem. Nieważne, jak bardzo kochasz zespół, mała część twoich myśli zawsze krąży wokół innych spraw. Cieszę się, że zostało to ujęte w filmie.

Jeszcze bardziej uderzający jest sposób, w jaki kamera pokazuje pojedyncze osoby z tłumu, skąpane w kolorowych światłach, całkowicie nieskrępowane, jak gdyby całkowicie nieświadome obserwujących je kamer. – Jedno z wielkich pytań, jakie sobie postawiliśmy, brzmiało: „Jak zrobić koncertowy film, który zaangażuje widza emocjonalnie?” – mówi Smith. – Publiczność była nam niesamowicie przychylna. Ustawiliśmy na scenie niewielkie informacje po japońsku: „Prosimy, abyście nie patrzyli w obiektywy kamer, które was filmują, po prostu oglądajcie koncert”.

Część zdjęć wykonał zespół czworga amatorów, którzy poruszali się w tłumie, uzbrojeni w małe kamery. – Zrobili znakomite zdjęcia, choć nie pracują zawodowo jako operatorzy – mówi Smith. – Jeden z nich był asystentem montażysty. Była tam również dziewczyna oświetleniowca. Wszyscy są bardzo miłymi ludźmi. Nie mają tego podejścia w stylu: „Jestem operatorem kamery, możesz to zrobić jeszcze raz?” Jest w tym coś z wielkiej sztuki portretowania. Tu chodzi o relacje, o zaufanie.

Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że w efekcie powstał jeden z najlepszych filmów o muzyce tanecznej w historii. Nasycony barwami obraz mówi więcej o doświadczeniu, jakim jest uczestnictwo w tego rodzaju koncertach, niż dziesiątki wywiadów. Jakiekolwiek metody zastosował Smith, udało mu się uchwycić to, co zwykle pozostawało nieuchwytne dla wielu innych autorów filmów o podobnej tematyce: moment, w którym jak ujmuje to reżyser, „jesteś pogrążony w muzyce”. – Udało mu się przekazać emocje tej chwili – potwierdza Rowlands. – A jest to bardzo trudne, ponieważ jest w tym coś ulotnego.

– Nie wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach ludzie są bardzo zaabsorbowani muzyką – mówi Simons. – Ściągają ją z sieci, oglądają klipy na YouTube. Kiedy ktoś mówi mi: „Słuchałem tego kawałka”, zastanawiam się, czy polegało to na słuchaniu go przez głośniki w jego komputerze. Dostaję sporo informacji od ludzi na Twitterze. Pytają mnie: „Co mam robić, kiedy pójdę na ‘Don’t Think’? Czy będę mógł tańczyć w kinie?”

Simons śmieje się. – No cóż, jeśli masz ochotę, możesz to zrobić – odpowiada. – Ale mi podoba się to, że ludzie będą mogli po prostu posłuchać bardzo głośno naszej muzyki.- Alexis Petridis/Guardian [linki oraz zdjęcia ~b69s]

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s